Kochanka prezydenta

Kochanka prezydenta

Jakże się cieszę. Nareszcie Francja wyrwała się z moralizatorskiej dekadencji i okazała się godna swojej tradycji i powołania. Dowiedzieliśmy się, że prezydent republiki François Hollande nie tylko miał obok matki swoich nieślubnych dzieci Ségolène Royal (ich związek nigdy nie został administracyjnie zalegalizowany) intymne kontakty z dziennikarką Valérie Trierweiler, ale również niezależnie od kochanki oficjalnej miał drugą – aktorkę Julie Gayet, do której nocami wykradał się z Pałacu Elizejskiego na podstarzałym skuterze. Opozycyjne sępy rozwrzeszczały się natychmiast, że owe miłosne eskapady przy braku wystarczającej obstawy narażały prezydenta pojmowanego jako instytucja państwowa. Inni gorszyli się, iż w kamienicy, w której miały miejsce schadzki, mieszkają lokatorzy o bardzo podejrzanych życiorysach i (któż ich nie ma) znajomościach. Błyskawice burzy w szklance wody zaczęły jednak gasnąć, kiedy okazało się, że właśnie po buduarowym skandalu popularność François Hollande’a w sondażach znacząco wzrosła. Dla specjalistów nie ma w tym żadnej niespodzianki. François Mitterrand miał kochanek bez liku i – acz oficjalnie żonaty, afiszujący się z prawowitą połowicą – nieślubną córkę Mazarine. Jacques Chirac, człowiek prywatnie niezwykle ciepły i czarujący, czego nie odmawiali mu najzagorzalsi przeciwnicy, uchodził za wielkiego uwodziciela, który jednak nigdy nie dał się złapać na gorącym uczynku. Ciekawostką jest, że wynajmował garsonierę w tym samym domu, w którym François Hollande spotykał się z Julie Gayet. Nicolas Sarkozy nigdy nie krył przed mediami powikłań matrymonialnych, a na pytania paparazzich odpowiadał: „Tym razem sprawa jest poważna”. Żyje dziś z piosenkarką Carlą Bruni i tego akurat nikt mu nie ma za złe.
Na tym tle François Hollande jawił się zawsze jako smutny aparatczyk. Jego związek z Ségolène Royal, tak jak on socjalistycznej działaczki, był postrzegany powszechnie jako nudna partyjna sztama. Maurice Chevalier śpiewał: Quand un vicomte rencontre un autre vicomte, qu’est-ce qu’ils se racontent? Des histoires des vicomtes (Kiedy wicehrabia spotyka drugiego wicehrabiego, gada z nim o wicehrabiach). Podobnie partyjniak z partyjniaczką opowiadają sobie partyjne nowinki. Nic takiego, co mogłoby zainteresować normalnego człowieka. We współżyciu Ségolène i François widzieli więc Francuzi nie miłość, ale nudną wspólnotę politycznych interesów. Zimna i antypatyczna dziennikarka Valérie Trierweiler symbolizowała z kolei powiązania władzy z mediami, czyli znowu interes albo potrzebę oparcia się na twardej bizneswoman. Nic dziwnego, że popularny francuski program telewizyjny „Les Guignoles”, w którym występują marionetki parodiujące wszystkie osobistości nadsekwańskiego świata (biada temu, kto nie ma tu swojej karykatury – oznacza to bowiem, że nie jest na topie) przedstawiał zawsze François Hollande’a jako zakompleksionego ciaptaka i nudziarza. Aż tu nagle… przygruchał sobie aktoreczkę. Wściekła i zazdrosna Valérie Trierweiler dostała rzekomo nerwowej zapaści, w każdym razie udała się do szpitala, gdzie z łoża boleści wysyła komunikaty, że François „nie potrafi żywić uczuć” albo że „słyszała wprawdzie plotki, ale nigdy nie byłaby zdolna w coś takiego uwierzyć…”. Rozpaczliwie chciałaby przemienić romans w tragedię albo przynajmniej w tragifarsę. To jednak jej się nie uda.
Często można się nie zgadzać ze społeczną francuską wizją świata, ale tutaj akurat podpisuję się pod nią obiema rękami. Jak pięknie pisze Élise Karlin w „L’Express” (15-21.01.2014 r.): „Prezydent jak każdy inny obywatel ma prawo odnajdywać się w swoim życiu. Istotniejszy niż tajemnica państwowa, obyczajność, cenzura jest czas, który nieubłaganie upływa, potrzeba kochania i bycia kochanym. Wtedy nie dba się o konwencje i co kto o tym powie. François Hollande długo nie zdawał sobie sprawy, że czas przecieka mu przez palce. Uważał, że jeszcze za chwilę, że jeszcze nie teraz”. „L’Express” nie jest tygodnikiem lewicowym i trudno by go podejrzewać o sympatię dla prezydenta. Istotą jest tu przesłanie, że – to właśnie demokracja – jesteśmy w prawach i uczuciach tacy sami. Kiedy François Hollande wybrnął (nawet niechcący) z administracyjnego kokonu, pokazał swoje słabości, od razu stał się nam bliższy i serdeczniejszy. Chciałbym bardzo, żeby zrozumieli to polscy politycy przenoszący zawsze abstrakcyjną moralność nad prawdę życia. Nie doradzałbym prezydentowi Komorowskiemu, żeby miał kochankę – ma uroczą żonę, jak ja, ale gdyby mu się to zdarzyło, nie będzie miało nic wspólnego z polityką i w niczym nie podważy powagi instytucji. W polskim dzienniku telewizyjnym naśmiewają się z Hollande’a. Dowód to tylko, że w zamerykanizowanych łebkach zabrakło świadomości, czym jest demokracja, prawo do prywatności i odróżnienie go od funkcji publicznych. A szkoda!

Wydanie: 6/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy