Niepodległościowe refleksje

Niepodległościowe refleksje

Odzyskanie niepodległości w 1918 r. na równi z osiągnięciami III Rzeczypospolitej zostały uznane przez Polaków za największe zdobycze ostatnich 100 lat. To dobrze świadczy o rozsądku Polaków, którzy nie dali się ogłupić przez dwa lata rządów PiS, nie uwierzyli publicznym mediom i ich „gwiazdom” tropiącym postkomunistyczne układy za pomocą „Misji specjalnej” czy „Cieniów PRL-u”. Nie pomogła nachalna publicystyka „Rzepy” czy niebieskiego „Dziennika”, o mediach o. Rydzyka czy „Gazecie Polskiej” już nie wspominając.
To dobra wiadomość. Nie jesteśmy narodem idiotów. Mało więc prawdopodobne, że zamknięty w Klarysewie Jarosław Kaczyński zdoła wymyślić coś, co mogłoby uwieść Polaków.
Zostawmy sobie rozważania o III RP na inną okazję, porozmawiajmy o odzyskaniu niepodległości w 1918 r.
Po raz pierwszy środowiska lewicowe odważnie przypominają, że odzyskanie niepodległości było w dużej mierze dziełem socjalistów. Przypominają rolę Daszyńskiego, przypominają, że Piłsudski był socjalistą, a pierwszym premierem po 11 listopada 1918 r. był socjalista Jędrzej Moraczewski. Wielu ludzi z najbliższego otoczenia naczelnika państwa wywodziło się z PPS, by wspomnieć choćby tylko premiera i marszałka Sejmu, Walerego Sławka, kojarzonego dziś raczej z BBWR, czy Leona Wasilewskiego (który miał na nieszczęście córkę Wandę, skądinąd chrześnicę samego marszałka) – jednego z nielicznych, którzy byli z Piłsudskim na ty. Do PPS należeli późniejsi premierzy Aleksander Prystor czy Janusz Jędrzejewicz. Socjalistą był Tomasz Arciszewski, późniejszy premier na uchodźstwie.
Z socjalizmem związani byli kolejni prezydenci II Rzeczypospolitej – Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki. Wojciechowski był jednym z założycieli PPS, Mościcki związany był nawet z II Proletariatem.
A kto dziś wie, że w I Brygadzie orzełek był bez korony, a obowiązującym zwrotem było „obywatelu”?
Nic też dziwnego, że Polska po 1918 r. wprowadziła wiele reform politycznych i socjalnych, o które przez kilkadziesiąt lat dopominali się socjaliści. Pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze, ośmiogodzinny dzień pracy, zakaz pracy dzieci, prawo do urlopów, obowiązkowe i bezpłatne nauczanie na szczeblu podstawowym.
Nawet gdy Piłsudski i znaczna część piłsudczyków „z tramwaju socjalizm wysiadła na przystanku niepodległość”, prawica, która w Polsce nie była za mądra, nadal uważała ich za socjalistów, ba, za bolszewików.
Musiało ich drażnić to, że jeszcze w latach 20. (już dawno za przystankiem „niepodległość”) Piłsudski przyznawał, że każda myśl Marksa jest głęboka…
Zdobycze socjalne pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości pozostały, a interwencjonizm państwowy utrzymywał się na skalę nie do wyobrażenia dla dzisiejszych liberałów. Państwowe były koleje, przemysł zbrojeniowy. To państwo, a nie prywatny, tym bardziej obcy kapitał, budowało Gdynię, Centralny Okręg Przemysłowy, magistralę węglową.
Przez cały okres międzywojenny lewicowa, bądź co najmniej lewicująca, była znaczna część inteligencji i zdecydowanie przeważająca część elit intelektualnych i twórczych.
Żeromski, Dąbrowska, Krzywicka, Boy, Pruszyński… by wymienić tylko kilka pierwszych z brzegu nazwisk.
Po wojnie tradycję lewicową, opacznie czasem rozumianą, zawłaszczył tylko jeden, i to wcale nie najważniejszy nurt.
Jednym z nieszczęść dzisiejszej lewicy polskiej jest to, że słowo „lewica” czy nie daj Boże „socjalizm”, starannie zohydzone w okresie PRL, kojarzą się wciąż jeszcze ze słowem „komuna” czy „postkomuna”.
Dlatego też cierpliwe pokazywanie, że polska tradycja lewicowa jest i długa, i szlachetna, że nie ogranicza się bynajmniej do Bieruta czy Gomułki, jest jednym z najpilniejszych zadań lewicowych publicystów.
Nie trzeba się bać wyklętych, jak mogłoby się zdawać, słów „lewica” czy „socjalizm”, trzeba tylko dbać o to, by kojarzone były z prawdziwymi treściami.
Trzeba przypominać, że tradycja polskiej lewicy zaczyna się co najmniej od Waryńskiego, Limanowskiego, Daszyńskiego. Przypominać, że była to tradycja patriotyczna, a niekoniecznie kosmopolityczna. Lewicowy patriotyzm kazał kochać nie jakiś abstrakcyjny, powiązany więzami krwi naród, ale konkretne społeczeństwo, któremu chciał służyć, poprawiając byt, dając nie tylko niepodległe państwo, ale też równe szanse edukacji, pracy, dostępu do rozmaitych dóbr.
Powoli polska lewica zaczyna się wreszcie do tej tradycji przyznawać. Świadczy o tym m.in. i to, że tylu wieńców, ile tego listopada złożono przy grobie Daszyńskiego na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, i tylu zniczy, ile tam zapalono, nie pamiętają najstarsi krakowianie.

Wydanie: 46/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy