Zbyt cichy protest

Zapiski polityczne
4 lipca 2002 r.

Wysłuchałem niedawno w radiu dość zdumiewającej relacji z pewnego miasteczka czy może raczej z dzielnicy dużego miasta, na którą ostrzą sobie zęby aż trzy potężne supermarkety. Burmistrz był przeciw dopuszczeniu tych gigantów handlowych na teren stosunkowo małego organizmu miejskiego. Radni odwołali burmistrza. Naiwni moi informatorzy mówią mi, że to tak się jakoś zbiegło owo wyrzucenie z pracy z oporem przeciw wpuszczeniu aż trzech supermarketów. Może wyglądam na idiotę, ale swoje wiem i znam aż nadto dobrze życie, przeto nie wątpię ani przez chwilę, że w tamtym miasteczku tylko ryby nie biorą; miasteczko jako takie też nie. Natomiast ci, co mają wpływy i władzę, muszą z czegoś żyć dostatnio i łatwo dają posłuch takim argumentom, co to pan wiesz, a ja rozumiem, by się posłużyć tym starym porzekadłem.
A miało być tak cudownie. Samorządy zapewniały ponoć gospodarność i uczciwość, czy też trafniej byłoby stwierdzić, że tak miało być, wręcz idealnie – zaś wyszło jak zwykle, czyli korupcja zżarła nieskazitelnych i niezłomnych. Podobnie miało być z prywatyzacją. Zapowiadano cudowne lekarstwo na niedomogi zasad gospodarki socjalistycznej. Sprywatyzujemy i koniec kłopotów. Będą praca i wysoka produkcja, rentowność i sprawiedliwość socjalna, same „specyjały”…
Wyszło – jak to w kapitalizmie. Przekręty już od samej chwili kupna przez prywaciarza rodzimego bądź przez kapitał obcy, restrukturyzacja, czyli masowe zwolnienia z pracy na bruk bez osłon, potem nieudolna gospodarka i wreszcie bankructwo firmy, spowodowane – bywało – wielkimi przekrętami, dokonywanymi przez nowych wspaniałych, gdyż prywatnych właścicieli.
Lista naszych nadziei i oczekiwań, układana po wybiciu się na niepodległość w roku 1989, była bardzo długa, zaś nasza wiara w realność optymistycznych wizji wydawała się niewzruszona. Myśleliśmy, że jeśli spełniło się to, co było najmniej prawdopodobne, czyli odzyskanie szybkie i tak mało bolesne samej niepodległości – to wszystko inne nie powinno napotkać większych trudności, skoro to najważniejsze tak łatwo nam przyszło.
Nie wzięliśmy jednak pod uwagę ani rozwagę kilku możliwych przeszkód, które zadecydowały o niewątpliwej klęsce politycznej i moralnej tych elit, które po upadku realnego socjalizmu otrzymały na gigantycznej fali zaufania społecznego pełnię władzy w kraju. Przypadek zrządził, że los zaliczył mnie do tej grupy, którą społeczeństwo obciąża nie tym wszystkim, co uczyniła dla kraju dobrego, ale błędami, a może i szkodami za jej sprawa wyrządzonymi Rzeczypospolitej.
Skąd nasze grzechy? Przecież działaliśmy w uczciwych intencjach i chcieliśmy dobrze. Jest to zasadnicze pytanie, wręcz historiozoficzne. Ogólnym skrótem można wyjaśnić wątpliwość, nie wiem, czy trafnie, lecz na pewno zwięźle. Mało wiedzieliśmy o krętych drogach, jakimi chadza kapitalizm, a na dodatek jedynymi ludźmi dysponującymi większą nieco wiedzą o nowym ustroju, jaki bez szczególnych ceregieli i pytań narzuciliśmy społeczeństwu, byli naukowcy słabo zorientowani w problemach życia zwykłych ludzi, a na dodatek zupełnie nieprzygotowani do zarządzania piekielnie skomplikowanymi procesami transformacyjnymi. Ci natomiast, którzy mieli nieco większą wiedzę o tym, co nas może czekać po wprowadzeniu nowego ustroju, nie cieszyli się zbytnim zaufaniem nowych elit politycznych – chyba że kilka lat wcześniej porzucili starą ideologię lewicy i na amerykańskich uczelniach, zwanych tam nie zawsze racjonalnie uniwersytetami, nałykali się wprawdzie liberalnych teorii ekonomicznych, ale nigdy nie zadali sobie pytania, czy one aby nadają się do sterowania naszymi procesami przekształceń ustrojowych. Pytanie, czy w ogóle byli zdolni do podejmowania takich heretyckich rozmyślań, bo to groziło posądzeniem o komunowatość przekonań. Pozytywne myślenie o liberalnych koncepcjach gospodarowania było świętością. Pamiętam, jakie „baty” zbierałem od moich kolegów, nawet z tak ponoć lewicowej Unii Pracy, gdy na początku procesów transformacyjnych zacząłem głosić teorię „reformy przez ruinę”, która coraz wyraźniej stawała się jawnym programem przekształceń gospodarczych.
Niedługo potem doszło do decyzji i likwidacji Państwowych Gospodarstw Rolnych i do kilku podobnie groźnych i szkodliwych głupot. Ludzie starej lewicy napiętnowani odpowiedzialnością za całe zło, jakie było w PRL, byli na ogół mocno wystraszeni i nie potrafili się ostro przeciwstawić absurdom głoszonym i realizowanym przez nowe elity ideologiczne i polityczne. Nie było przez długi czas silnego środowiska lewicowego, zdolnego do stawienia oporu liberalnemu szaleństwu dewastacji kraju. Natomiast szerokie kręgi społeczeństwa popierające nowe elity polityczne znały kapitalizm z barwnych widoczków postrzeganych przez szyby wycieczkowych autobusów. Blask reklam i wystaw sklepowych oślepił nielicznych turystów po zachodnich stronach tak silnie, że kapitalizm wydał się im błogosławionym darem losu, gdy tymczasem dla Polski okazał się piekielną pułapką zawiedzionych możliwości i nadziei.
Cóż można zrobić dzisiaj, gdy najgorsze już się stało? Wprawdzie różne głuptasy medialne nadal wypisują brednie o klęskach Polaków w czasach PRL, to większość społeczeństwa czuje się mocno oszukana przez transformację ustrojową, a mnie i wielu innych ludzi, współodpowiedzialnych za to, co się wydarzyło, mocno ryzie sumienie, iż jeśli nie mogliśmy zapobiec katastrofie, to wolno nam było przynajmniej protestować głośniej, niż to czyniliśmy. Nasz zbyt cichy protest już przebrzmiał, ale wewnątrz sumienie nadal gryzie.

 

Wydanie: 27/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy