Pretekst Dänikena

Kiedyś, tak ze 100 lat temu albo niewiele później, zaproszono do Warszawy Ericha von Dänikena i posadzono go (chyba w redakcji „Kultury”) twarzą w twarz z wybitnymi polskimi uczonymi. O tym, co się potem stało, długo plotkowano w Warszawie. Gość został wyśmiany, zlekceważony i obrzucony błotem. Nie byłem uczestnikiem tego spotkania, na szczęście, i nie chcę ani nie muszę pamiętać nazwisk przedstawicieli kultury polskiej, którzy taką gościnnością błysnęli. Zresztą to wszystko było śmieszne, podobnie jak śmieszne jest wytaczanie do dzisiaj armat przeciw szwajcarskiemu autorowi pewnie nie zanadto składnych hipotez. Zastanawia jednak nienawiść, bo to chyba autentyczna nienawiść, uczonych zwalczających Dänikena. Dwie wersje zbiorowego dzieła wydanego u Prószyńskiego, zatytułowanego „Powrót na Ziemię” dowodnie o tym świadczą. Ja też osobiście uważam tezę Dänikena o kosmicznym rodowodzie ziemskich cywilizacji za bardzo naciąganą, ale podziwiam jego pasję eksploratora, upór i talent literacki. Z czego tu drwić? Clarc w „Odysei 2001” twierdzi to samo, a jakoś nikt go nie napada.
„Spór o pochodzenie cywilizacji ziemskich”, jak głosi podtytuł książki pod ogólną redakcją Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, już raz się ukazał w roku 1980, a po 20 latach ma nie tyle nowe wydanie, ile prawie całkiem nową wersję. Poza zbytecznymi kpinami z Dänikena jest metodycznym i rzeczowym przeglądem badań nad najdawniejszymi dziejami człowieka, egiptologią, indologią, indianistyką i kilkoma największymi „frontami” wykopalisk. Wszystko to są argumenty archeologii „tradycyjnej”, obywającej się bez kosmitów i bez cudów. Być może, polemika z Dänikenem jest po prostu niezbędnym pretekstem wydania i powodzenia książki. Ale badania rozwijają się dzisiaj na tyle szybko, że to nie szwajcarski dziadunio powinien być obecnie punktem odniesienia. Notabene odnoszę wrażenie, że on sam tak naprawdę wycofał się już dawno z pierwotnego stanowiska, a teraz podtrzymuje je niejako dla honoru domu i także niezbędny pretekst do pisania. Przecież nagle nie zamilknie ktoś, kto podbił dosłownie cały świat! I tak się nawzajem uczeni i ich antagonista – antyuczony wspierają.
Są dzisiaj nowe, bardzo dyskusyjne teorie, z którymi powinna się zmierzyć archeologia. Na przykład zupełnie nowa teoria powstania pisma odwołująca się do tzw. żetonów. Kontrowersje co do wieku wielkiej piramidy, gdzie argumenty wydają się nad wyraz poważne. Myślę tu o wątpliwościach związanych z Cheopsem, o teorii ziemskiego odwzorowania konstelacji Oriona i nade wszystko o szczególnej podobno związanej z deszczami erozji sfinksa. Zresztą bardzo wiele konstatacji archeologicznych może być dyskutowanych, chronologia ustawicznie waha się to do przodu, to do tyłu, na przykład angielscy, bardzo poważni uczeni dają ostatnio Stonehenge o 2 tys. lat więcej. A cóż będzie z „zakazaną archeologią” Michaela Crema?
Autor wypełnił książkę artefaktami mającymi dowodzić, że człowiek na Ziemi chodzi od milionów lat. Jako całość koncepcja ta wygląda na zupełnie niepoważną i obłąkaną. Ale poszczególne znaleziska wyglądają na udokumentowane. I to bardzo rzetelnie. Nie wystarczy wyśmiać, trzeba coś z tą dokumentacją zrobić i nie bardzo wiadomo co. Nauka myliła się już tak wiele razy, że kolejny błąd na bardzo wielką skalę nie jest bynajmniej wykluczony. Sama rzekoma oczywistość jako rozstrzygający wszystko argument bynajmniej nie wystarczy. Nie spieszyłbym się też zanadto z brzytwą Ochama, bo nie wiadomo z góry, które fakty są godne jedynie zignorowania. I czy w ogóle takie istnieją. A co tak naprawdę należy zrobić, jeśli dowody okażą się rzeczywiście sprzeczne? Wiadomo, trzeba szukać ogólniejszej teorii, uwzględniającej ową sprzeczność. Dla mnie jest to sprzeczność między dawnością naszego gatunku a jego, jak się zdaje, niedawnym przebudzeniem. Pewnie, zawsze są jakieś precedensy, ludzkość tysiące lat temu miała już Arystotelesa i Euklidesa, ale ostatnich kilkuset lat nie można porównać z niczym. Czy to tylko nacisk przyrostu demograficznego? To chyba nie działa tak bezpośrednio i już nieraz bywało w dziejach, a Newtona i Einsteina nie było.
Coś mi się wydaje, że i pochodzenie cywilizacji nie jest tak poczciwe, jak się może wydawać. Wiem, wiem, że nic w dziejach świata nie jest poczciwe, nie piszę w tym sensie, ale wydaje się, jakbyśmy równocześnie istnieli i za krótko, i za długo. Można mi zarzucić, że sam nie wiem, czego chcę. Przyznaję. Ale niepokój zostaje.

 

Wydanie: 4/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy