Najstarsze nazwy

Felieton o „Słowniku etymologicznym” Andrzeja Bańkowskiego spowodował, że zaczęli dzwonić do mnie czytelnicy, gdzie też go kupić można. Informuję więc wszystkich: ja kupiłem na Marszałkowskiej, w dawnym Juniorze, powinien być w każdej poważnej księgarni. A czy jest – nie mam pojęcia. Ale odniosłem z tego felietonu jeszcze jedną, nieoczekiwaną korzyść: pan Zbigniew Babik, językoznawca z Krakowa, przysłał mi swoje potężne dzieło pod tytułem „Najstarsza warstwa nazewnicza na ziemiach polskich w granicach wczesnośredniowiecznej słowiańszczyzny”. Boże, jak ja się na to rzuciłem! To jest właśnie coś interesującego mnie bardziej niż pornografia i fantasy na dokładkę, co może zabrzmieć szokująco, ale takie są moje pokrętne gusta. W każdym razie czytałem to w „odpoczynkowej” części dnia, czyli do poduszki. Bo to przecież słownik toponimów, a głównie hydronimów, czyli – mówiąc po ludzku – po prostu nazw miejscowości i rzek.
A dlaczego to takie ważne? Bo są to sygnały z najdawniejszej dawności człowieka, z czasów, w które nie sięga zapisana historia, o których nie wiemy literalnie nic. Mówi nam o nich głównie archeologia, także palinologia, czyli analiza pyłków kwiatowych, trochę nauki pokrewne. Trzeba bowiem przypomnieć, że dane o wczesnej, a nawet względnie wczesnej jak w Polsce, historii człowieka są rozpaczliwie ubogie. A przecież przez te tysiące i dziesiątki tysięcy czy może setki nawet lat musiało się dziać niezmiernie dużo. Były wielkie wędrówki i migracje, musieli być charyzmatyczni przywódcy i myśliciele, śpiewano nieznane nam pieśni, opowiadano niesamowite legendy i mity, zawiązywano koalicje plemienne i toczono wojny. Lękami i nadziejami naszych przodków żyjemy do dzisiaj, ale konkretnie nie wiemy o nich nic.
A szczególnie tu, w Polsce, kraju północnym, zagubionym w borach i bagnach, dokąd mało kto docierał z krajów, gdzie historia bywała o wiele wcześniej zapisywana. Dokumenty ze Wschodu wymieniają nazwy mórz, gór, rzek, krajów, narodów i miast sprzed pięciu, a może i siedmiu tysięcy lat. W Polsce – nie wiadomo. Na ogół najdłużej trwają imiona wielkich rzek przekazywane od jednego ludu do drugiego, znane wszystkim. różnorodnym plemionom, inaczej tylko wymawiane i odmieniane.
Książka Babika nie jest przeznaczona dla przeciętnego czytelnika, została zresztą napisana w sławetnym naukowym żargonie, zrozumiałym dla polonisty – ale nie wszyscy jesteśmy polonistami. Naturalnie stacza potężne boje z wyznawcami odmiennych hipotez głównie „staroeuropejczykami”, ale tego już nie sposób wytłumaczyć w felietonie. W każdym razie wydziela tak zwaną warstwę I, nazw najdawniejszych, powstałych w starożytności przedsłowiańskiej, a niekiedy, być może, przedindoeuropejskiej w ogóle, czyli najpóźniej jakieś 1500 lat temu, a najwcześniej – Bóg to jeden raczy wiedzieć, ludzie mogą się tylko domyślać. Na ogół są to nazwy, których nie sposób wyjaśnić, czyli muszą pochodzić z jakichś nieznanych nam już języków.
Klasycznym przykładem jest „Wisła”, którą dawniej przypisywano Słowianom, a niekiedy Germanom. Nic jednak z tego nie wyszło, bo jej pierwotna nazwa brzmiała „Wistla”, czego nie sposób wyprowadzić z żadnego znanego nam języka. Dla mnie brzmi to jak czysta poezja, w samym sercu znanego kraju niezgłębiona tajemnica. Chciałoby się wiedzieć, jakie jeszcze wielkie rzeki Europy są równie tajemnicze, ale oczywiście trudno tego domagać się od Babika. Pewnie nawet szkoda, że jest tak nieskazitelnie „naukowy” i nie pozwala sobie na dygresje. Przypomina mi w tej swojej uczoności moje pierwsze prace, kiedy byłem nieszczęśliwy, jeżeli każde zdanie nie zawierało choćby trzech wyrazów obcych i fachowych, a na stronie nie było cytatów w pięciu językach. Pewnie i Babikowi to przejdzie.
Książki pewnie nigdzie kupić nie można, jakby kto chciał, to podaję telefon krakowski TAiWPN Universitas: (0-prefiks-12) 413-91-36. Na jedno autor słusznie się żali – książka miała mieć 1500 stron, a ma niespełna 800, bo wydawca zmusił go do rezygnacji z części haseł. Takie rzeczy nie mogą być komercyjne, to chyba zrozumiałe. Ale tak naprawdę są bezcenne.

Wydanie: 22/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy