Obraz nędzy i rozpaczy

Najbardziej lubię pisać złośliwe felietony, obnażające głupotę polityków, partii, a nawet głupotę w skali globalnej. Makrokretynizm. Według definicji ministra Janika, kretynem jest ten, kto głośno mówi to, o czym wszyscy rozprawiają po cichu. Jeżeli jest to polityk z partii, której siłą była spójność aż do bólu, to minister ma rację. Niestety, woda płynąc, zmienia się, i jak głosi filozof, nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki; wcześniej była to szeroka rzeka o betonowych, uregulowanych brzegach, nazywana PZPR, teraz, zgodnie z filozofem, SLD jest całkiem inną rzeką.
Polityka jest dla mnie jak seks dla Polaka-katolika: fascynująca i obrzydliwa. Wsysa, choć brzydzi. Na szczęście moją namiętnością jest obserwowanie, nie zaś uprawianie. Polityki, oczywiście. Grzesznie pociąga, choć i odrzuca na ścianę, jak gombrowiczowskie pożądanie bratania się z parobkiem. Bohaterowie Gombrowicza źle na tym wyszli i trzeba o tym pamiętać, tworząc rządy. Jednak, jak głosi piosenka: „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie inne usuwa w cień”, więc i politycy, mimo traumatycznych doświadczeń, zawsze kochają jak pierwsze naiwne. Po wyborach biorą za żonę tę partię, która wyróżniła się wcześniej kapryśnym charakterem.
Politycy nie różnią się od malarzy, pisarzy czy reżyserów, dla których k… jest bardziej pociągająca niż porządna kobieta, na którą zawsze można liczyć. Czy jednak istnieją porządne partie? Każda coś może wywinąć, zdradzić i strzelić sobie numerek z innym.
Od razu po wyborczym zwycięstwie SLD mówiłam, że najlepszy byłby rząd mniejszościowy, trzymający w szachu kilka partii. Jednak ważni politycy w ogóle nie rozważali takiej możliwości. I teraz mamy pasztet. A w niektórych rejonach panuje taka nędza, że ludzi nie stać nawet na pasztetową. W sklepach biorą na krechę, ostatnio przy Koszykowej słyszałam, jak litościwa ekspedientka pocieszała: „Dobrze, panie Piotrusiu, dwie cole i frytki, najważniejsze, że dzieciaki zdrowe, odda pan, jak się pan załapie na pracę”.
Groźnie jest na Śląsku, gdzie kiedyś były kopalnie, można tam zobaczyć kobiety płaczące na ulicy, bo nie umieją żebrać. „Co mam robić? Mam kraść?”, rzucają pytanie, gdy ktoś wrzuci monetę w ich dłoń. Tego jednak nie widać zza przyciemnionych szyb limuzyny. Nie widać także wówczas, gdy przyjedzie się z niezapowiedzianą wizytą, do której miasteczko przygotowuje się od trzech tygodni. I także dlatego mamy to, co mamy.
W Warszawie staruszka (80 lat) o lasce wdrapuje się po schodach banku. „Nie wie pani, czy tu wypłacają emerytury? Listonosz nie będzie już ich roznosił, bo to niebezpieczne”, mówi do mnie zasapana. A staruszki o laskach odchodzące od okienek są bezpieczne? Może nie czyhają na nich bandziory? A może wędrówka za rentą lub emeryturą, która im się słusznie należy, nie jest upokarzająca?
Na ust korale ciśnie mi się pytanie: coście zrobili dla Śląska, gdzie do k… nędzy są miejsca pracy? Od znajomej redaktorki z Katowic, która robiła wywiady z wdowami po górnikach, co zginęli w kopalniach, dowiaduję się, że jedna z kobiet powiedziała jej: „Teraz największym szczęściem jest to, że dyrekcja przyjęła syna na miejsce po ojcu, który zginął, bo przynajmniej ma pracę”.
Kto podejmuje te decyzje o listonoszach? Kto chciał zlikwidować mleczne bary? Czy jedyną troską lewicowego rządu są dopłaty dla rolników? Rolnik, jak przysłowiowy już rząd Urbanowy, sam się wyżywi. Wystarczy, że ma krowę, kawałek ziemi, kury. Górnik węglem się nie naje, rodziny nim nie nakarmi.
Cieszę się, że PSL przesadził z żądaniami, że wyczerpała się cierpliwość premiera Millera. Łatwiej będzie podjąć ważne decyzje.
Za czasów komuny olewałam politykę złotym deszczykiem po jej odrażającej, bolszewickiej twarzy, jak robi to Obfita Renata, zostawiająca wizytówkę z ofertą za wycieraczką trabanta znanej mi dziennikarki, niemająca prócz imienia, bujności owłosienia i śledczej dociekliwości nic wspólnego z posłanką Beger.
Nie zawsze jednak jest mi do śmiechu. Czasami życie wali człowieka obuchem rozpaczy w łeb. Staramy się unikać tego rodzaju wiedzy. Czujemy, że higieniczniej jest nie wiedzieć, znacznie bardziej elegancko jest zajmować się wielką polityką albo wytwornymi, mimo całej ohydy, aferami ludzi z towarzystwa, w których chodzi o miliony dolarów, a nie o głupi gnat z jakiegoś knura albo kostkę Knorra, którą możesz wrzucić do zupy, dołożyć selera, posypać pietruszką i udawać, że ugotowałeś czy raczej ugotowałaś – bo ciągle jeszcze, zgodnie z wielowiekową tradycją, domeną kobiet jest martwić się, co włożyć do garnka – możesz więc udawać, że ugotowałaś dzieciakom rosół.
W PRL-u, gdy panowała ogólnowojskowa nędza, łatwiej było ją znosić, wtedy smażony chleb z cukrem nie stawał kością w gardle. Tamte prehistoryczne czasy różniły się od obecnych tym, że wszyscy mieli pracę. Jak w piosence: „Gdybym chciał, to bym ciebie zaraz miał, za złotówkę, jak tę Mańkę pokojówkę, gdybym tylko chciał”. Wiem, że było w tym ukryte bezrobocie, że zatrudniano znacznie więcej ludzi, niż trzeba, że naród dekował się w rozdzielni, wiem to „z autopsji”, jak mawia członek Komisji Śledczej, bo pracowałam wówczas w Fabryce Pomocy Naukowych, wylegując się w magazynie, albo przesiadywałam w umywalni. Tylko że wszyscy czuli mniej więcej to samo, jeśli byliśmy upokorzeni, to wszyscy równo. Teraz znacznie gorzej ludziom znosić biedę, bo traktują ją jako własną winę i osobistą klęskę.

Wydanie: 11/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy