Kolorowa Europa oraz szara Polska

Kolorowa Europa oraz szara Polska

Tęskniący za czerwonymi pochodami pierwszomajowymi Polacy o lewoskrętnych sympatiach muszą coraz częściej wyjeżdżać do miast Europy Zachodniej. Berlin, Paryż, Hamburg, Barcelona, Rzym, Wiedeń – tam do woli można wykrzykiwać przeciwko kapitalizmowi, skutkom neoliberalnej ekonomii i wymachiwać czerwonymi oraz czerwono-czarnymi flagami.
W tym roku chcąc odpocząć od polskiego zaścianka, wylądowałem w środku austriackich Alp – w stutysięcznym Innsbrucku. Jak na Europę przystało, tam również ludzie walczą o swoje prawa. Hasła o solidarności międzynarodowej szczególnie mile i przekonująco brzmiały w towarzystwie atrakcyjnych Kurdyjek z Partii Pracy Kurdystanu oraz młodych działaczek z Federacji Robotników Tureckich w Europie. Portrety Marksa, Engelsa i – o zgrozo – Lenina niesione w Innsbrucku, na ulicach Warszawy, Wrocławia czy Krakowa budziłyby zgorszenie i oburzenie „prawdziwych Polaków”. Na Zachodzie stają się ostatnio coraz bardziej modne. Czerwone gwiazdy na transparentach oraz żądanie przez młodych lewicowców austriackich demokracji i socjalizmu, w Polsce mogłyby być powodem zawiadomienia prokuratury z powodu „szerzenia komunizmu” (idiotyczne i wymagające zmiany prawnej zrównywanie komunizmu z faszyzmem na poziomie art. 13 konstytucji RP).
Generalnie nasza lokalna prawica, broniąc czystości polskiej, narodowej i katolickiej wspólnoty, ma co robić w kolorowej, różnorodnej i otwartej Europie. Karanie byłych i przyszłych, prawdziwych i domniemanych komunistów. Zamykanie tych, którzy zamiast truć się tradycyjnie polską wódą, wolą kosmopolityczną marihuanę. Kastrowanie pedofilów i oskarżanie zwolenników prawa do legalnej aborcji o „zabijanie nienarodzonych”. Utopienie w Bałtyku zwolenników in vitro, feministek, gejów i całej tej różnobarwnej zbieraniny eurolewaków. Ten program minimum polskiej prawicy realizowany w skansenie nad Wisłą, na Zachodzie nie wystarczyłby. Polska zaściankowa prawica (ta spod znaku PiS, ale także PO), patrząc na współczesny świat i standardy Europy, mogłaby uczynić swoim głównym hasłem zawołanie: „Zamknąć całą ludzkość!”. Lotne plutony egzekucyjne IPN miałyby co robić w Europie – czerwona zaraza na każdym kroku.
Dlatego też jedni wyjeżdżają z Polski do Europy Zachodniej załatać finansowo rodzinne budżety, drudzy jadą tam odetchnąć nieco inną atmosferą kulturową i doładować swoje polityczne akumulatory. Związek między zaspokajaniem potrzeb jednych i drugich wbrew pozorom jest jednak bardzo silny. Nie byłoby zachodnioeuropejskiego dobrobytu bez europejskich rewolucji polityczno-kulturowych oraz walk różnych ruchów społecznych na przestrzeni minionych 200 lat. Prof. Leszek Nowak na początku lat 90. – w dobie zachłyśnięcia się Polaków mitem kapitalizmu – pytał, skąd się wzięły wolność i dobrobyt społeczeństw dzisiejszego Zachodu. I odpowiadał w następujący sposób: „Z tego samego źródła, z którego zawsze biorą się korzystne zmiany ustrojów społecznych – ze społecznego oporu. W tym wypadku z walki robotników z systemem liberalnego kapitalizmu. (…) Te trwające bez mała całe stulecie ruchy społeczne wymusiły wolne związki zawodowe. To one wymusiły także demokrację. Nie doktryna liberalizmu zatem, lecz opór prostych ludzi przekształcił dziki kapitalizm w system dziś rzeczywiście ťliberalnyŤ w potocznym sensie słowa”. 20 lat od rozpoczęcia budowy w Polsce „realnego kapitalizmu” te oczywiste prawdy, o których pisał prof. Nowak, nie są jeszcze do końca uświadomione. Dlatego elita władzy okopana w Warszawie może popełniać największe kompromitacje bez jakichkolwiek poważnych konsekwencji dla swojego dalszego trwania.
W Europie Zachodniej ludzie, choć zarabiają kilka razy więcej niż w Polsce, chętniej zabiegają o swoje prawa obywatelskie i socjalne. W społeczeństwie polskim, gdzie obszary ubóstwa i biedy są olbrzymie, a za swoją harówkę Polacy dostają kiepskie wynagrodzenia, jakoś nie widać masowych ruchów pracowniczych czy związkowych. Być może należy to samo powiedzieć w odwrotnej kolejności: dlatego, że Polacy nie potrafią upominać się w sposób zbiorowy o swoje prawa, w życiu prywatnym muszą pokornie znosić wszelkie frustracje i upokorzenia dyktowane przez logikę istniejącego systemu. Młodzież grecka określająca się mianem „pokolenia 700 euro” od kilku miesięcy wszczyna antysystemową rewoltę. Ich polscy rówieśnicy marzą o takich stawkach, kończąc studia. We Francji, gdzie pensja minimalna wynosi 1300 euro, co chwilę mamy do czynienia z masową mobilizacją pracowników. W Polsce, gdzie powyższe stawki są szczytem marzeń większości, nikt nie chce głośno powiedzieć, że system wymaga szybkiej zmiany, a istniejąca od 20 lat klasa polityczna powinna już dawno odejść. Jednym z powodów wzmacniających obecny marazm i apatię społeczną jest powszechne w Polsce przekonanie, że lepiej jest zmagać się z problemami życia codziennego na własną rękę, niż angażować się w jakiekolwiek działania kolektywne. Dominuje wiara raczej w siłę prywatnego rozpychania się łokciami niż w skuteczność zbiorowej współpracy z innymi osobami. Jak zauważył Zygmunt Bauman, „wzywa się nas, byśmy poszukiwali biograficznych rozwiązań dla systemowych sprzeczności; spodziewamy się wyjść w pojedynkę ze wspólnych kłopotów. Mało to raczej prawdopodobne, by ta strategia przyniosła pożądane wyniki, skoro źródła naszej niepewności pozostawia ona nietknięte”. W ten sposób następuje prywatyzacja jak najbardziej publicznych problemów. W takich warunkach swojska polska szarość może niezagrożona rozlewać się po całym kraju, skutecznie powstrzymując wszelkie zmiany. Im dłużej jednak ten stan trwa, z tym większą siłą wcześniej czy później wybuchną blokowane kolory, smaki i myśli niepokornej Europy.

Wydanie: 19/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy