To nie była fajna wojna

Przepychanki przy mogiłach powstańców, gwizdy, kłótnie polityków, bo każdy z nich chce być mistrzem ceremonii – to wszystko jest coraz mniej ciekawe. Na obchodach kolejnej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego chcą zbić punkty Lech Kaczyński i partia PiS, chętna uszczknąć parę punkcików jest też prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz z PO. Mamy licytację, kto jest większym patriotą. Gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy – to argumentowano, że to on, a nie prezydent Rzeczypospolitej powinien być postacią numer 1 podczas uroczystości. Teraz – wręcz przeciwnie.
Z roku na rok fetowanie rocznicy jest coraz bardziej okazałe, pęcznieje program obchodów, w zasadzie brakuje już tylko defilady i łuku triumfalnego.
Politycy są bezlitośni – wyczuli, że wspomnienie o powstaniu uderza w czułą strunę polskiej duszy, więc wykorzystują to bez zahamowań.
W ten sposób czyni się krzywdę Warszawie. Powstanie nie było przyjemną wojenką, jak pokazuje to poświęcone mu muzeum. Było klęską i masakrą. Tylko kto ma o tym mówić? Ci, którzy nie żyją?
Warte uwagi są ostatnie badania CBOS, który zadał pytanie: czy uważa pan(i), że powstanie warszawskie było potrzebne, czy też niepotrzebne? Otóż 68% ankietowanych odpowiedziało, że było potrzebne, 14%, że nie, a 18% – że trudno powiedzieć. Ale już w samej Warszawie odpowiedzi wyglądały inaczej – 48% mówiło, że było potrzebne, 17%, że niepotrzebne, a 35% wykręciło się słowami „trudno powiedzieć”.
Zwróćmy uwagę – mieszkańcy Warszawy w zachwytach nad powstaniem są zdecydowanie bardziej umiarkowani. Dlaczego? Wydaje mi się, że wiem, dlaczego tak się dzieje. Sam pochodzę z Warszawy, moja rodzina mieszkała na Woli, na Starówce, na Żoliborzu. Znam opowieści o powstaniu z przekazów rodzinnych. Mój nieżyjący już ojciec uratował się cudem, gdy zdążył uciec ze swoją mamą do kościoła św. Wojciecha na ul. Wolskiej. Wola, dzielnica w której mieszkał, została wymordowana. Zgwałcona, spalona. On sam, wówczas 11-letni chłopiec, wspominał, jak szedł po trupach do obozu przejściowego. I że po wojnie, gdy poszedł do szkoły, to okazało się, że z jego dawnej klasy jest tylko jeden kolega. Przeżyło ich dwóch. Była klasa, nie ma klasy. Byli sąsiedzi, nie ma sąsiadów.
To nie jest fajna wojna, gdy mordowane są 11-letnie dzieci.
W naszej cywilizacji armię tworzy się po to, by broniła swych obywateli. To jest jej zadanie. Jak więc trzeba ocenić dowódców, którzy wywołali bitwę, mimowolnie powiedli na zatracenie nie tylko swych żołnierzy, ale i kobiety, i dzieci, których powinni bronić?
Historia przedstawiania powstania warszawskiego przypomina wahadło – najpierw mieliśmy „zaplutych karłów reakcji”, teraz mamy propagandowe zachwyty. Może więc pora powrócić do równowagi?
Wydaje mi się zresztą, że tak się staje. Reakcje czytelników, internautów po naszych artykułach sprzed tygodnia o powstaniu są budujące. Przekłuliśmy balon patriotycznego szantażu. Nadymało go PiS, a inni, z obawy, że ktoś ich posądzi o brak miłości do ojczyzny, potakiwali. Ewentualnie milczeli.
Piszę te słowa 31 lipca, jeszcze przed oficjalnymi uroczystościami. Będą piękne, nie mam wątpliwości. Ja w ten dzień pojadę na cmentarz na Woli, by zapalić symboliczne światełko tym 200 tysiącom warszawiaków, którzy wówczas zginęli. Oni leżą w pokoju. Nie wypinają piersi po medale. Na Powązkach niech się pyszni władza.

Wydanie: 31/2009

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy