Wpisy od Robert Walenciak
Beethoven, gdyby żył w naszych czasach, słyszałby. To medycyna – mówi prof. Skarżyński
Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach
Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć.
Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”.
Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina.
W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński.
Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”.
Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby.
„To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca,
Wojna na prawicy
Czy Mateusz Morawiecki wywróci stolik, czy sam się wywróci?
Czy 40 parlamentarzystów, którzy wyszli z PiS razem z Mateuszem Morawieckim, wywróci polską scenę? Oto pytanie dnia.
Na naszych oczach prawica zmienia kształt. Jeszcze niedawno było to wielkie PiS, notujące 40% poparcia, i mała, paroprocentowa Konfederacja. Dziś prawica podzielona jest na cztery ugrupowania. Konfederacje są dwie i rosną. PiS nie ma już 40% poparcia, oscyluje wokół 20%, a niektóre sondaże dają mu mniej. Partii Jarosława Kaczyńskiego wyborców zabierają Konfederacje, teraz też ugrupowanie Morawieckiego. To tworzy nową sytuację. Tylko czy utworzy?
Kim jesteście, harcerze?
Patrząc na ekipę Morawieckiego skojarzenia mamy proste. To głównie ludzie, którzy pracowali z nim w rządzie. Administratorzy i urzędnicy. Czy z taką armią można rzucić rękawicę Kaczyńskiemu? Z armią, dodajmy, poobijaną rządzeniem. Mającą opinię osób wysferzonych, bogatych, którymi interesuje się prokuratura. O Mateuszu Morawieckim nie ma co wspominać. Ma prawomocne wyroki za kłamstwa oraz opinię bankstera, milionera oderwanego od życia zwykłych ludzi. I w każdej chwili może do niego zapukać prokurator.
Śledztwo dotyczące okradania Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych trwa i przynosi efekty. Były szef RARS Michał Kuczmierowski uciekł do Londynu i tam oczekuje na decyzję o ekstradycji. Śledczy zamierzają też przesłuchać innych ludzi Morawieckiego: jego najbliższego doradcę Mariusza Chłopika, i byłego prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu Cezariusza Lesisza.
Wcześniej funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli do mieszkań czworga bliskich współpracowników Morawieckiego: Anny i Pawła P., Włodzimierza D. oraz Renaty K. Paweł P. zatrzymany został na trzy miesiące, pozostałych zwolniono za poręczeniem majątkowym. Otrzymali zarzuty działania w zorganizowanej grupie przestępczej, a także przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków na korzyść należącej do Pawła Sz. fundacji Red is Bad.
Nie wygląda to dla Morawieckiego dobrze. Zwłaszcza że, jak czytamy w komunikacie śledczych, wyprowadzone z RARS pieniądze „przeznaczono na finansowanie kampanii politycznych, w szczególności na opłacanie zespołu osób zajmujących się sztucznym kreowaniem zasięgów,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Weto Nawrockiego uderza w 2 mln Polaków
Państwo nie jest od wychowywania ludzi
Dr hab. Sebastian Gajewski – podsekretarz stanu w ministerstwie pracy, rodziny i polityki społecznej. doktor habilitowany nauk prawnych, profesor uczelni, radca prawny. Przygotował kilkadziesiąt projektów ustaw zgłaszanych w IX kadencji Sejmu RP przez klub parlamentarny Lewicy, m.in. ustawę wprowadzającą rentę wdowią, zmiany w zasiłku pogrzebowym czy projekt ułatwiający nabywanie emerytury minimalnej przez pracujących na śmieciówkach. Wchodzi w skład władz krajowych Nowej Lewicy.
Zaskoczyło pana weto prezydenta Nawrockiego do ustawy o statusie osoby najbliższej?
– Należało się tego weta spodziewać. Wskazywały na to wypowiedzi współpracowników prezydenta, a także postawa jego kancelarii w trakcie prac nad projektem ustawy. Reprezentujący prezydenta RP minister Paweł Szefernaker i minister Barbara Socha wzięli udział w posiedzeniu komisji na etapie sejmowym, ale nie przedstawili konkretnych propozycji, nie byli zainteresowani podjęciem realnego dialogu. W Senacie przedstawiciele prezydenta nawet się nie pojawili, a przecież to najlepsze miejsce do poprawiania ustaw. Więc tak, spodziewaliśmy się tego weta.
W kampanii wyborczej Karol Nawrocki zapowiadał, że ustawę podpisze.
– Owszem, w trakcie kampanii wyborczej deklarował, że jest zainteresowany przyjęciem ustawy o statusie osoby najbliższej. Ponadto w październiku 2025 r. byłem z dużą częścią rządu w Pałacu Prezydenckim, przy okazji posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. Tam prezydent z własnej inicjatywy – bo dyskusja dotyczyła bezpieczeństwa energetycznego Polski, zatem spraw odległych od kwestii związanych ze statusem osoby najbliższej – zadeklarował, że jest zainteresowany podpisaniem, wsparciem takiej ustawy. Przyjmowałem tę deklarację jako dobrą monetę.
Jako zachętę do kompromisu?
– Powstał projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, bardzo łagodny, uwzględniający różne wrażliwości. W naszej ocenie był to projekt dający to minimum, na które, jak sądziliśmy, zgodzą się i nasi przyjaciele z koalicji, z Polskiego Stronnictwa Ludowego, jak i może zgodzić się pan prezydent. Nie jest tajemnicą, że ten projekt był przedmiotem wspólnej pracy z jednej strony Lewicy, a z drugiej PSL.
PSL reprezentowała Urszula Pasławska. Mówiła, że chodziła do Kancelarii Prezydenta i tam wszystko ustalała.
– Urszula Pasławska była bardzo zaangażowana w pracę nad ustawą o statusie osoby najbliższej. Usiłowała przekonać Pałac Prezydencki, ażeby tę ustawę prezydent podpisał. To się nie udało.
Prawie 2 mln obywateli RP zostało z niczym.
– Realnie ok. 2 mln Polek i Polaków żyje w związkach nieformalnych,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
45 lat Związku Żołnierzy Wojska Polskiego
Trwają obchody 45. rocznicy powołania Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Związek liczy ok. 20 tys. członków, działających w kilkuset kołach. Powstawał w gorących latach 1980–1981. Ważną rolę w jego utworzeniu odegrali działacze kół oficerów rezerwy funkcjonujących w strukturach Ligi Obrony Kraju. W I Zjeździe, 13-14 czerwca 1981 r., uczestniczyli prezes Rady Ministrów gen. armii Wojciech Jaruzelski, wiceministrowie obrony narodowej gen. dyw. Józef Baryła i gen. broni Mieczysław Obiedziński oraz zastępcy dowódców okręgów wojskowych.
Związek od początku blisko współpracował z MON. Wśród deklarowanych celów było dbanie o honor i godność żołnierza,
Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?
Jak przywrócić wiarę w politykę
Prof. Lech Szczegóła – socjolog polityki, profesor na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Autor książki „Droga do wojny kulturowej. Ideologia Dobrej Zmiany”.
Panie profesorze, wszystkie dane wskazują, że Polska się rozwija, jest coraz bogatsza, goni Europę. Jest wzorem – to są relacje zachodnich Europejczyków odwiedzających nasz kraj – jeśli chodzi o bezpieczeństwo, o czystość. Czy Polacy to zauważają? Daje im to poczucie zadowolenia?
– Świadomość dobrej kondycji polskiego systemu gospodarczego istnieje, ale mocniej działają sygnały negatywne. One szybciej się linkują, pojawiają i w mediach, i w codziennych rozmowach. Przeprowadzono kiedyś badanie, co bardziej oddziałuje na psychikę: czy kiedy znajdziemy 100 zł, czy gdy zgubimy 100 zł.
Znam to badanie.
– Wiadomo więc, o co chodzi. Złe informacje są przez umysł łatwiej przetwarzane i kodowane. Do sukcesów szybko się przyzwyczajamy, traktujemy je jako naturalne, oczywiste. A porażki, zagrożenia…
Rozpamiętujemy, ale towarzyszy temu gniew. Emocje. Dlaczego?
– Myślę, że są trzy rodzaje przyczyn tej sytuacji – mają one charakter, po pierwsze, polityczny, po drugie, ekonomiczny, po trzecie, kulturowy.
Zacznijmy od politycznego.
– Sądzę, że prawie 10 mln Polaków wciąż żyje w traumie po wyborach prezydenckich, których wynik był dla wielu szokiem. Ta trauma przekształciła się w długotrwałą frustrację i w pewnego typu depresję. Część zwolenników Koalicji 15 Października żyje jakby w ramach kroniki zapowiedzianej śmierci. Wszystko wskazuje na to, że za półtora roku w Polsce władzę obejmie nieprzewidywalna koalicja trzech formacji prawicowych. Poczucie, że rządowi Tuska nie udało się niczego istotnego zmienić, jest bardzo silnym stresorem. Prowadzi do rozczarowania i braku nadziei. A wiara w przyszłość to najlepsze lekarstwo na takie nastroje.
A ta druga strona?
– A druga strona, pewnie żywiąc się informacjami innej części systemu medialnego, jest sfrustrowana strasznymi „zbrodniami koalicji 13 grudnia”. I też żyje w stanie niepewności. Jej optymizm został zachwiany ewidentnie słabą formą jej lidera, Jarosława Kaczyńskiego, oraz kłótniami w obozie prawicowym. Sytuacja polityczna jest więc źródłem rozczarowań, bo nie nadeszło żadne tak oczekiwane oczyszczenie ani rozliczenie.
Takie poczucie mają zwolennicy Koalicji 15 Października.
– Bardzo boli to, że ludzie, którzy powinni być jeżeli nie w więzieniu, to przynajmniej przed sądem, śmieją się w twarz i brylują w mediach. Polityka generalnie stała się walką w błocie. Widzimy – i to chyba jest coś, co jednoczy obie strony – że politycy utracili resztki wiarygodności. Ich obietnice,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Pytania o rolę mediów
Karierowicze i lizusy zawsze są do usług
Piszcie tak dalej, to zobaczycie PiS u władzy… Mamy coraz więcej tego typu mejli, telefonów. Są reakcją na materiały, które krytykują różnych ministrów czy urzędników z poręki obecnej władzy. To bardzo ciekawe zjawisko. I warto mu się przyjrzeć.
Słuszni i czujni
Zacznijmy od tych, którzy próbują nas przestrzec przed niewłaściwym pisaniem. Ewidentnie traktują oni dziennikarzy jak żołnierzy walczących na politycznym froncie. Tak postrzegają politykę – nie jako debatę publiczną, nie jako poprawianie Polski, tylko jako bijatykę: my kontra oni. I nawet – są na ten temat badania – nie wymagają od dziennikarzy rzetelnego przedstawienia rzeczywistości. Niech kłamią – ważne, żeby w słusznej sprawie.
Tym czytelnikom mogę jedynie odpowiedzieć, że mamy inny pogląd na politykę i rolę mediów. Oczywiście my też wiemy, że powrót PiS do władzy nie byłby dobrym rozwiązaniem dla Polski, ale walka z PiS to nie zadanie dla dziennikarzy. Z PiS niech walczy rządząca koalicja, i – podpowiadam – najskuteczniej będzie to robić wtedy, kiedy będzie dobrze rządziła.
A dziennikarze? Naszym zadaniem jest pisać tak, jak świat postrzegamy. Czy z tego powodu PiS wróci do władzy? Nie wiem. Wiem za to, że gdy zacznę pisać tak, jak życzą sobie obrońcy obecnej koalicji, PiS do władzy wróci na pewno.
Dlaczego tak się stanie? Z prostego powodu – jest grupa czytelników, wyborców, którzy chcą wyjść poza mierność obecnej debaty. Którym nie odpowiadają tzw. przekazy dnia. Oni nikomu w ciemno nie oddają swojego głosu. Szukają dobrych pytań i dobrych odpowiedzi. Tylko porządne dziennikarstwo może do nich dotrzeć. No i muszą zobaczyć, że rządzący wyciągają wnioski ze swoich błędów. Ale żeby ci mogli wnioski wyciągnąć, muszą najpierw błędy zobaczyć. A tylko niezależne media mogą je wskazać, te „swoje” tym się nie zajmują…
Po co nam media?
Zadaniem mediów jest patrzeć na rzeczywistość i pokazywać ją tak, jak wygląda. Tylko takie media mają rację bytu. To jest też nasza cywilizacyjna norma.
Gdy PiS było u władzy, podjęło próbę zbudowania „swoich” mediów i wypchnięcia tych liberalnych i lewicowych na całkowity margines. Ta operacja częściowo się udała. Głównie za sprawą milionów, które pompowano w „swoje” media. I niestety za sprawą dziennikarzy tych mediów, którzy taki model funkcjonowania kupili. Chwalili PiS, krytykowali opozycję – z obserwatorów rzeczywistości, analityków, tych, którzy stawiają ciekawe pytania, przekształcili się w agresywnych politruków.
Straszne byłoby, gdyby strona liberalna i lewicowa weszła w ten schemat działania. Nastąpiłoby wtedy domknięcie systemu. Zbudowalibyśmy system, w którym nie ma debaty publicznej, jest tylko wzajemne opluwanie. A czytelnicy nie są partnerami, z którymi się rozmawia, lecz widzami tej bijatyki. Zamiast auli mamy MMA. Zamiast ważkich argumentów – „zaorywanie”.
Dlatego tak ważne jest, by media
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Po co nam amerykańska baza?
Nie obroni, a kosztować będzie krocie
Pogrążamy się w świecie szaleństwa. Polscy politycy licytują się w sprawie amerykańskiej bazy: kto bardziej chce u nas amerykańskich żołnierzy, kto chce więcej za to zapłacić. Oto probierz patriotyzmu.
Te wszystkie opowieści, jakie to szczęście zapanuje, gdy Amerykanie osiądą na polskiej ziemi, nie trzymają się kupy. Nie ma w tym ani przyzwoitości, ani logiki finansowej, ani strategicznego myślenia.
Zacznijmy od przyzwoitości. Oto bowiem politycy, którzy mają usta pełne frazesów o wolności i niepodległości, chcą, by tę wolność zapewnili nam żołnierze zagraniczni. Przecież to jest ucieczka w poddaństwo. Wobec USA. Innymi słowy, wołają: „Wolność, suwerenność!”, a chcą nas sprzedać.
Tę sprzedaż realizują z zapałem. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza z dumą, że negocjuje sprawę bazy z sekretarzem wojny Pete’em Hegsethem i że te negocjacje idą dobrze. Rzecznik prezydenta Nawrockiego pogania rząd i poucza, że to Nawrocki narzuca ton w tych zabiegach wobec Amerykanów. I że to on najbardziej chce wojsk USA w Polsce. Oto rozum Nawrockiego – wmawia nam, że im będzie milszy wobec Donalda Trumpa, tym bardziej Trump będzie chętny nas bronić. Wiąże więc bezpieczeństwo Polski z dobrym humorem prezydenta USA. Poza tym amerykańska baza będzie „odstraszać Rosję”. Czyżby?
Jest wiele dowodów z ostatnich lat, a nawet dni, na to, że obecność amerykańskich żołnierzy nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przykładem niech będzie ostatnia wojna w Zatoce. Amerykanie mają tam bazy w Katarze (Al-Udeid), w Bahrajnie (dowództwo V Floty), w Kuwejcie i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Bogate państwa Zatoki myślały podobnie jak polscy politycy – że ściągną Amerykanów i będą bezpieczne. Tymczasem okazało się, że bezpieczne nie były. Iran bombardował bazy, a nawet hotele, w których mieszkali amerykańscy żołnierze. Obecność amerykańskich baz niczego więc nie zagwarantowała.
Podobnie było w roku 2021 w Afganistanie. Obecność amerykańskich żołnierzy nie pomogła prozachodniemu rządowi. Sceny z lotniska w Kabulu, z którego odlatywały amerykańskie samoloty, są tego symbolem.
W naszej części świata podobną sytuację mieliśmy w roku 2008 w Gruzji. Dla nas ta wojna to początek agresywnych działań Rosji. Ale były one możliwe dlatego, że ówczesny gruziński prezydent Micheil Saakaszwili zbyt mocno uwierzył w amerykańską broń i poparcie USA. Wierzył m.in., że amerykańscy żołnierze szkolący armię gruzińską „będą odstraszać”. Nic takiego nie miało miejsca. W efekcie przegrał. Prof. Jadwiga Kiwerska z Instytutu Zachodniego skomentowała to krótko: „Wobec wojny rosyjsko-gruzińskiej Waszyngton okazał się dość bezradny, a jego działania były mocno spóźnione i raczej miały na celu »ratowanie twarzy« supermocarstwa niż realną skuteczność”.
Dlaczego wiara, że baza wojsk amerykańskich będzie rodzajem naszej tarczy, że będzie odstraszała Rosję, jest tak naiwna? Bo zakłada, że Rosja i USA są głęboko skłócone, pozostają w konflikcie takim jak w czasach zimnej wojny. Ale tamtych czasów już nie ma. Ekipa Trumpa patrzy na świat zupełnie inaczej – wielobiegunowo. Podobnie będzie, jak sądzę, z ekipami, które przyjdą po nim. Rosja nie jest więc dziś dla USA śmiertelnym wrogiem, ale jednym z największych państw świata, z którym jakoś trzeba się ułożyć. Jak? Polska nie ma na to wpływu. Żadnego. W sprawach stosunków amerykańsko-rosyjskich jesteśmy poza grą. Mogliśmy więc w Warszawie wołać, że Putin to morderca i że nie podaje mu się ręki, a potem i tak oglądaliśmy w telewizji, jak na Alasce kroczy po czerwonym dywanie i wita się miło z Donaldem Trumpem.
Możemy też obserwować wysłanników prezydenta USA, którzy jeżdżą do Moskwy negocjować i snują plany gospodarczych przedsięwzięć. Słuchać wiceprezydenta J.D. Vance’a, który z dumą opowiadał, że jego największym osiągnięciem jest odłączenie Ukrainy od amerykańskiej pomocy. Albo Trumpa, który w Paryżu
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Jazz… To jest całe moje życie
Muzykowanie na żywo. Nie same nuty
Henryk Miśkiewicz – saksofonista, kompozytor, aranżer, legenda polskiego jazzu, muzyk wszechstronny. Trzykrotny laureat Fryderyka – nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Ojciec perkusisty jazzowego Michała Miśkiewicza i piosenkarki Doroty Miśkiewicz. W czerwcu 2026 r. świętuje 75. urodziny.
Jest jazz?
– To jest cały czas żywa muzyka.
A dixie?
– Te początki? Młodzież tego już nie gra. Szkoda, bo to świetna muzyka, pod nóżkę… Ludzie do tego tańczyli. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem. Miałem 12 lat i do Kożuchowa, gdzie mieszkaliśmy, przyjechał zespół Zygmunta Wicharego, który grał dixieland. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jazz. I poczułem: to jest to! A tydzień wcześniej słyszałem Trubadurów.
I?
– I nic. A tu przyjechał zespół, który grał trudniejszą muzykę. I od razu tak mnie wzięło, że nie mogłem usiedzieć.
Na początku miał pan grać na akordeonie.
– W Kożuchowie było ognisko muzyczne. Grałem tam na akordeonie, potem na klarnecie. A później mój profesor powiedział, że powinienem iść do szkoły, do Wrocławia, że tam się więcej nauczę. Widział we mnie talent. Dużo zawdzięczam nauczycielom. Bo później ci z Wrocławia mówili, żebym jechał do Warszawy. I tam zdawał.
Od najmłodszych lat ciągnęło pana do muzyki.
– Jak ojciec szedł grać na wesele – bo co sobotę, niedzielę albo była zabawa, albo wesele – to ja jako 10-latek stawałem w drzwiach i prosiłem: „Tata, weź mnie z sobą!”. Często więc mnie brał i grałem. Umiałem już wtedy grać na akordeonie. Na saksofonie też trochę,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Polityka wschodnia. Coś, czego nie ma
Wielu Polaków tłumaczy nam ukraińskie racje. A gdzie są wpływowi Ukraińcy, którzy by tłumaczyli nasze racje
Witold Jurasz – dziennikarz i publicysta Onetu, publikuje artykuły poświęcone polityce zagranicznej i bezpieczeństwu, prowadzi podcast „Raport międzynarodowy”. Autor książek o Rosji i Putinie („Demony Rosji”) oraz Białorusi i Łukaszence („Demon zza miedzy”). Wraz z prof. Hieronimem Gralą napisał książkę o kremlowskiej elicie władzy („Wataha Putina”).
Czy istnieje coś takiego jak polska polityka wschodnia?
– Tak, ale tylko na poziomie bardzo ogólnego planu. Tyle że już Sun Zi uczył, że strategia bez taktyki jest równie bezwartościowa, co taktyka bez strategii. My nigdy nie zoperacjonalizowaliśmy naszych założeń strategicznych. No bo co z tego, że trafnie, w odróżnieniu np. od Niemiec, odczytywaliśmy rosyjskie zagrożenie, skoro nic lub niewiele z tego wynikało. Na przykład w polityce w stosunku do Białorusi gdyby coś z tego wynikało, to należało robić wszystko, żeby Białoruś nie stała się rosyjską półkolonią. A tymczasem my zrobiliśmy wszystko, żeby się stała. Pomyliliśmy też cel z metodą. Celem była niepodległa, niezależna od Rosji Białoruś, metodą miała być demokracja. Tyle że w momencie, w którym się okazało, że demokracja jest niemożliwa, a walka o nią służy Rosji, myśmy już tak zafiksowali się na metodzie, że stała się ona naszym celem.
Zabrakło zimnego spojrzenia na rzeczywistość.
– Owszem. Ale też dyskusji, która nigdy nie miała miejsca.
Dlaczego?
– Polską politykę wschodnią przejęło specyficzne środowisko, które co do zasady nie miało w zwyczaju słuchać kogokolwiek poza samym sobą. Politykę zaczęło kreować nie MSZ, ale polskie służby specjalne i powiązane z nimi ośrodki analityczne.
To znaczy?
– Nie chcę, żeby to było ad personam, więc pomińmy nazwisko, ale jeden z obecnych szefów rządowego ośrodka zajmującego się polityką wschodnią napisał kiedyś, że zadaniem rządowych analityków jest moderowanie debaty na ten temat. Przepraszam – to ma być zadanie analityków? Od kiedy rolą urzędników jest cokolwiek moderować? Poza tym porównajmy… Czym są ośrodki analityczne np. w USA? Są miejscem, do którego trafiają byli ambasadorowie, dyrektorzy, wiceministrowie. A do naszych trafiają ludzie zaraz po studiach. W PISM i w OSW nie mamy ani jednego byłego ambasadora.
To tworzy zamkniętą grupę.
– Owszem. Problemem jest też jednak konformizm. Jeden z twórców resetu polsko-rosyjskiego, Sławomir Dębski, doskonale miał się za rządów PiS. I jakoś nie kojarzę, żeby tak było dzięki temu, że ceniono go za mądrą, konstruktywną krytykę polityki zagranicznej PiS. A było za co PiS krytykować, nieprawdaż? To środowisko doskonale opanowało metodę lawirowania. Metoda jest taka, że jak PiS dochodzi do władzy, to oni nagle dokooptują np. prof. Żurawskiego vel Grajewskiego. Kilka wspólnych imprez i okazuje się,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
To wielka umiejętność – skłócić się ze wszystkimi
Polska polityka wschodnia – zapis klęski
Polska polityka wschodnia. To jedno z najczęściej powtarzanych ostatnio haseł. Pięknie brzmi! Można rzec, jak opowieść o Yeti – wszyscy o niej mówią, ale czy istnieje?
Bo cóż to za polityka, której efektem jest to, że ze wszystkimi państwami poradzieckimi mamy stosunki bardzo złe albo złe? Że nigdzie nie mamy wpływów, że patrzą na nas albo z niechęcią, albo z nieufnością? Że jesteśmy od spraw wschodnich i przez USA, i przez Europę Zachodnią, i przez Rosję i Ukrainę odepchnięci? Choć powinniśmy być jednymi z rozgrywających.
Co to więc za polityka? Co tu nawaliło? Założenia? Wykonanie?
Oczywiście w sferze ogólnych tez wszystko wygląda pięknie. Możemy usłyszeć o koncepcji budowy wpływów Polski na Wschodzie. O testamencie Giedroycia. O rozszerzaniu zachodnich wartości na Wschód. O popieraniu sił demokratycznych i demokratycznych przemian. Wszystko to są pięknie brzmiące słowa, tylko – zdaje się – zupełnie puste.
Szef Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Wojciech Konończuk mówił niedawno w Sejmie, że jego instytut korzysta z osiągnięć polskiej przedwojennej sowietologii, bo zachowała ona wiele wciąż aktualnych tez, zwłaszcza dotyczących charakteru Rosji. Zapewne ta opinia sporo mówi o naszych sąsiadach. Ale chyba jeszcze więcej o Polsce. I o jej polityce wschodniej – bo jeśli definiują ją tak szerokie ramy, w które można wpisać nawet przedwojnie, to znaczy, że nie definiuje jej nic. Że to raczej odruchy.
Wymieńmy je. Na pewno w pierwszych latach III RP polska polityka była tu funkcją polityki USA. Nasza aktywność na Wschodzie, angażowanie się w „promowanie demokracji”, w pomarańczowe rewolucje, była – owszem – potrzebą serca środowisk postsolidarnościowych, ale współgrało to mocno z polityką Stanów Zjednoczonych – rozcinania poradzieckiego obszaru. Polska była wygodnym narzędziem, by Moskwę naciskać, drażnić, i z tego narzędzia Wielki Brat korzystał. Ku zadowoleniu polityków w Warszawie…
„Robienie łaski Amerykanom” – dziś realizatorem tej polityki jest Karol Nawrocki, uniżony i zgadujący życzenia Donalda Trumpa…
Nasza polityka wschodnia była również (i jest) funkcją fantomu II RP. Nasze Kresy! Przejawia się to w protekcjonalnych gestach, w poczuciu wyższości. W przekonaniu, że Ukraina i Białoruś to naturalne pola naszej rywalizacji z Rosją. I wspominaniu Giedroycia. Nic z tego nie wychodzi, trudno przecież spodziewać się efektów, gdy prowadzi się politykę sprzed 100 lat. Odpryskiem tego myślenia jest obecny w polskiej polityce mesjanizm. Przekonanie, że musimy demokratyzować Wschód, przerabiać go na swoją modłę. Nieść żagiew Solidarności. Puste to przecież…
Polityka wschodnia jest też funkcją traum historycznych. W jej narracji głównym celem Polski jest uznanie przez Wschód naszego męczeństwa, pielęgnowanie naszych cmentarzy, miejsc kaźni. Przez lata dominował Katyń, teraz od kilku lat mamy do czynienia z Wołyniem. Tu czasy współczesne mieszają się z historią. I, nie umniejszając wagi sprawy wołyńskiej, chyba nie jest zbyt rozsądne do niej sprowadzać stosunki między dwoma państwami.
Poza tym polityka wschodnia jest funkcją polskich strachów. Że przyjdzie Rosja i podbije, i uciemięży. Tłumaczył to w Sejmie szef OSW: „W polskiej polityce wschodniej naprawdę chodzi o to, że jest ona częścią polskiego bezpieczeństwa narodowego”. Jeżeli tak, to jej osią musi być walka z Rosją, osłabianie jej. Gdy więc rosyjscy








