Ten ciepły człowiek Łukaszenka

Ten ciepły człowiek Łukaszenka

Nie tak dawno w ten sposób Łukaszenkę określił po powrocie z Mińska jeden z czołowych polityków PiS, ówczesna trzecia osoba w państwie, marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Pomijając walory intelektualne tego męża i jego zdolność do analizy jakiejkolwiek sytuacji, a tym bardziej sytuacji politycznej, samo to, że tam pojechał i spotykał się z ignorowanym na europejskich salonach politycznych Łukaszenką, świadczy wyraźnie o tym, jakie liderzy PiS mieli rozeznanie w białoruskich realiach. Stosunek polskiej prawicy do Łukaszenki był dość ambiwalentny. Z jednej strony, pogardzała nim jako komuchem, prymitywnym dyrektorem sowchozu, byłym komsomolcem, z drugiej – chyba trochę imponował jej model sprawowanej przez Łukaszenkę władzy.

Teraz, kiedy się okazało, że Łukaszenka to niekoniecznie „ciepły człowiek”, jakim widział go marszałek Karczewski, kiedy Białoruś stała się jednym z największych problemów Europy, przy okazji na jaw wyszła cała słabość (delikatnie mówiąc) naszej polityki zagranicznej. Na naszych oczach tysiące demonstrantów domagają się na ulicach i placach Mińska i wielu innych białoruskich miast ustąpienia Łukaszenki, a milicja i inne formacje brutalnie te demonstracje rozpędzają, aresztują i maltretują ich uczestników. Zachód, co z tego, że ewidentnie sympatyzujący z białoruską opozycją, jest jednak bezsilny. Przez wiele lat Polska była autentycznym liderem regionu. To na Polskę zwrócone były oczy Litwinów, Łotyszy, Ukraińców i Białorusinów. I co najważniejsze, Polska miała istotny wpływ na politykę wschodnią Unii Europejskiej. Dziś tę rolę przejęły Litwa, Łotwa i Estonia. To na Litwę, nie do Polski, wyjechała kandydatka na urząd prezydenta Cichanouska, to z Litwy, nie z Polski, apeluje ona do rodaków i do zachodniej społeczności międzynarodowej. Głos Polski, w której łamana jest praworządność, nie bardzo wiarygodnie mógłby brzmieć w obronie praw człowieka na Białorusi. Polska sama jest chorym człowiekiem UE, a jej pozycja w tej wspólnocie, która panu prezydentowi wydaje się „wyimaginowana”, staje się coraz słabsza. Polska jest niezdolna do jakiejkolwiek poważnej inicjatywy na tym forum.

Ostatnio, opóźniając agremént i uniemożliwiając tym samym podjęcie misji ambasadorowi Niemiec w Polsce z tego tylko powodu, że jego ojciec siedemdziesiąt parę lat temu służył w Wehrmachcie, każe Niemcom i wszystkim zachodnim Europejczykom patrzeć na nas jak na jakieś dziwadło. Jakby tego było mało, poseł Mularczyk oświadcza, że właśnie kończy obliczać wysokość reparacji, jakie Niemcy mają Polsce zapłacić za straty II wojny światowej. Przed posłem Mularczykiem jeszcze wiele pracy. Zapewne po Niemcach rachunek wystawi Rosjanom (jak tylko wyliczy wielkość strat), Szwedom za potop, a Czechom za spalenie Gniezna… Obłęd polityki historycznej sięgnął już poziomu paranoi.

Dziś w UE głos Litwy znaczy więcej niż głos dziesięciokrotnie od niej większej Polski. Z Ukrainą stosunki mamy nijakie, z Rosją zdecydowanie złe.

Unia Europejska bezpośrednio w sprawie Białorusi jest bezsilna, podobnie jak Ameryka. Sankcje gospodarcze będą tu nieskuteczne, bo powiązania Białorusi z Europą i Ameryką są niewielkie. Większość zagranicznego obrotu gospodarczego Białorusi to obrót z Rosją. Co więcej, Białoruś jest od Rosji zupełnie zależna. Bez rosyjskiego gazu i ropy, sprzedawanych Białorusi po zaniżonych cenach, gospodarka nie byłaby w stanie funkcjonować.

Sankcje gospodarcze państw zachodnich są dla Białorusi niemal bez znaczenia. Objęcie zakazem wjazdu na teren UE kolejnych prominentów reżimu też będzie mało skuteczne. Nie bardzo, zdaje się, wybierali się do państw unijnych i czy objęto ich zakazem, czy nie, jest im chyba obojętne.

Jaka więc przyszłość czeka Białoruś? Nie ulega wątpliwości, że wydarzenia ostatnich tygodni świadczą o tym, że na Białorusi rodzi się społeczeństwo obywatelskie. Ale Łukaszenka najwyraźniej nie zamierza się z nim liczyć i wciąż wierzy w skuteczność rozwiązań siłowych. Obawiam się, że klucz do rozwiązania sytuacji na Białorusi ma tylko Putin. To z nim UE i Stany Zjednoczone powinny rozmawiać, na niego naciskać i równocześnie zapewniać, że Białoruś nie zostanie przyjęta do NATO ani UE, a każdy reżim w Mińsku będzie musiał się dogadać z Rosją, bo taka jest konieczność gospodarcza.

Putin sam, zdaje się, jest w trudnej sytuacji. Boi się chyba dwóch rzeczy: że Białoruś stanie się przykładem dla Rosji i tak jak Białorusini masowo okazują, że nie chcą już Łukaszenki, również Rosjanie mogą pokazać, że mają dość Putina. Z drugiej strony obawia się, że Białoruś, jak wcześniej Ukraina, zostanie wciągnięta w orbitę polityki Zachodu, a Rosja straci tam wpływy i bazy wojskowe.

Jedynym wyjściem wydaje się jakiś białoruski okrągły stół, pod patronatem UE, USA i Rosji. Ale te trzy podmioty musiałyby w tej sprawie się dogadać. Czy będą chciały? I czy potrafią? Jedno jest pewne. Nie odbędzie się on w Warszawie. Znacznie bardziej prawdopodobne, że jeśli nie w Mińsku, to w Wilnie.

Na razie w Mińsku wciąż, coraz brutalniej, rządzi „ciepły człowiek” Łukaszenka.

Wydanie: 37/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy