Narodowy kapitalizm

Narodowy kapitalizm

O ile zaprezentowana przez wicepremiera Morawieckiego diagnoza w jakiś sposób dotyka problemów polskiej gospodarki, o tyle optymistyczne, ogólne i uproszczone zarysy rozwiązania tych problemów wydają się mocno wątpliwe. A rzucone w odpowiedzi na pytanie dziennikarza hasło, że „za 15 lat Polacy będą zarabiać na poziomie średniej obywatela UE”, jest może i miłe dla ucha, ale należy do kategorii myślenia życzeniowego. I ma taką wartość jak obietnica szczęścia po śmierci w Królestwie Niebieskim, którą trudno zweryfikować za życia.

Prawdą jest, że nie da się dłużej napędzać polskiej gospodarki tanią siłą roboczą, życiem na kredyt, kończącymi się za kilka lat środkami unijnymi czy energią pochodzącą z coraz bardziej „brudnego”, bo będącego pod presją wymagań redukcji CO2, węgla.

Receptą na te bolączki mają być: inwestycje w innowacje, próba ożywienia martwego (bo sprzedanego lub zlikwidowanego) przemysłu oraz rosnący eksport.

Pozytywną nowością w przedstawionej ofercie jest powrót do aktywnej roli państwa w gospodarce – tylko państwo ma wystarczający kapitał, aby zainwestować w nowe technologie. Brakuje jednak szczegółów dotyczących tego, jak ta nowa myśl technologiczna ma powstawać. Czy ma być kolejnym transferem pomysłów z bardziej rozwiniętych części świata? A jeśli ma powstawać w kraju, to w jaki sposób? Na pustyni niedofinansowanej polskiej nauki mogą się rodzić pojedyncze nowatorskie pomysły, ale bez radykalnej zmiany finansowania badań i instytucji naukowych niemożliwy jest wysyp nowych idei. Warto też przypomnieć banalną i powszechnie uznawaną na Zachodzie zależność, że nowe odkrycia, idee i technologie najszybciej powstają w sprzyjającym klimacie kulturowym – w społeczeństwie otwartym, tolerancyjnym, rozwijającym wolnościową kulturę, gdzie najbardziej kontrowersyjni indywidualiści mogą czuć się w pełni swobodni i akceptowani. Wiadomo, że z tym w Polsce jest kiepsko. A działania PiS nie poprawiają tego stanu. Samym zarządzeniem administracyjnym trudno zmusić ludzi do innowacyjnego myślenia. Aby mógł się rozwijać pewien model gospodarki, muszą istnieć określone ramy kulturowe.

Tak jak otwartość kulturowa sprzyja nowym pomysłom, tak bardziej egalitarne rozwiązania społeczne pozwalają wyzwolić energię obywateli i włączyć do działania jak największe grupy ludzi. W proponowanym zarysie rozwoju kraju zupełnie pominięto kwestię nierówności społecznych w Polsce. A trudno tworzyć wizję sprawnego systemu społeczno-gospodarczego bez pochylenia się nad szczególnie ważną sprawą stosunków społecznych.

Słabości te wynikają być może z braku głębszej refleksji nad stanem polskiego społeczeństwa i założonego odrzucenia wiedzy społecznej w myśleniu o gospodarce. Ale może to być także przejaw prezentowanej świadomie lub nie ideologii oraz wyrażanych poglądów na temat systemu gospodarczo-politycznego. Na ten drugi wariant wskazywałyby również inne uproszczenia. Na przykład założenie, że polska gospodarka funkcjonuje w jakiejś wyizolowanej przestrzeni, która jest wolna od wpływów zewnętrznych, a globalne trendy ekonomiczne, kulturowe i intelektualne nie zmącą polskiej arkadii zaprojektowanej w dokumencie rządowym. Tak oczywiście nie jest. Czy komuś to się podoba, czy nie, Polska jest małym elementem w globalnym systemie ekonomiczno-politycznym i zajmuje w nim niewysoką pozycję. Od wieków są to raczej półperyferie systemu światowego.

Nie dostrzegając tej perspektywy, wizja Morawieckiego jest nie tylko statyczna, ahistoryczna, ale także skażona prowincjonalnym nacjonalizmem. Zakłada bowiem, że bez zmiany relacji społecznych, bez ożywienia demokracji przemysłowej w miejscach pracy, bez podmiotowości obywatelskiej można uniknąć pułapki kraju półperyferyjnego. Nie wystarczy jednak tylko z państwa narodowego zrobić głównego kapitalistę, a kapitał pomalować w biało-czerwone barwy, aby móc wskoczyć na wyższy poziom rozwoju. „Narodowy kapitalizm” nie jest ani trochę nowocześ-
niejszy czy mniej peryferyjny od „kapitalizmu kolonialnego”, w którym ponadnarodowe struktury gospodarcze wyduszają ostatnie soki z lokalnej taniej i zapracowanej siły roboczej. Problemem bowiem nie jest barwa kapitału, ale jego relacje ze światem społecznym. Polski kapitalista może być tak samo bezwzględny jak anonimowy prezes zarządu siedzący w gabinecie na innym kontynencie. I tak samo może osiągać zyski nie dzięki innowacjom, ale taniej sile roboczej.

Mówiąc inaczej: chcąc wyjść z pułapki peryferyjności, trzeba najpierw odrzucić neoliberalne zasady rządzące życiem społeczno-ekonomicznym oraz otworzyć okna i głowy na nowe idee, modele i wzorce kulturowe, które pozwolą choć trochę poluzować sztywny gorset lokalnego prowincjonalizmu z jego uprzedzeniami, zakazami i represjami. Bez tego postępu nie będzie. Na razie w przestrzeni publicznej w Polsce dominują postfeudalna poddańcza mentalność i niczym nieograniczone kapitalistyczne hierarchie w relacjach społecznych. Dorzucenie do tego worka mitów o „dobrym, sprawiedliwym, narodowym państwie” nie zmieni sytuacji.

Wydanie: 8/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy