Europejczycy obcy u siebie

Europejczycy obcy u siebie

Politycy europejscy, z wyjątkiem premiera Węgier, demonstrują bezradność wobec fali migracyjnej. Nie są bierni, przeciwnie, popisują się aktywnością, która jednak nie obiecuje opanowania sytuacji. Przeciwnie, świadczy o głębokiej dezorientacji i jakby uporze, żeby nie widzieć rzeczywistości taką, jaka ona jest. Nie mają oni prawa być zaskoczonymi tym, co się dzieje. Uprzedzano ich, że do tego dojdzie. W Polsce czynił to prof. Grzegorz Kołodko w swojej znakomitej książce „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”. Pisze on tam m.in.: „Gdy spojrzeć na demograficzną mapę przyszłości, to rzuca się w oczy, że w całej Afryce (…) oraz na Bliskim Wschodzie i jeszcze obok, w Pakistanie i Afganistanie, liczba ludności podwoi się w czasie nie dłuższym niż 30 lat. Będzie to miało ogrom konsekwencji nie tylko tam, lecz na całym świecie. (…) Jedną z tych konsekwencji będzie – już jest – nieodparta chęć wyrwania się stamtąd za wszelką cenę, niekiedy łącznie z ryzykowaniem własnego życia, i przeniesienia do jakiejś innej krainy, co zrozumiałe, najlepiej mlekiem i miodem płynącej” (s. 247). Tę jakże trafną prognozę ogłosił trzy lata temu, czyli niedawno, ale w kraju, który nie miał oczywistych danych, by przeczuwać, że go to dotyczy i ma powody do niepokoju. W krajach, które w oczywisty sposób były migracją zagrożone, takie ostrzeżenia były formułowane już 30 i więcej lat temu, niektóre miały głośne echo, ale politycy i władcy mediów byli na nie głusi. Musieli dopiero na własne oczy zobaczyć tonących uciekinierów, by zacząć działać, zresztą w sposób bezmyślny. Niczym innym jak bezmyślnością jest stosowanie do wielotysięcznych i milionowych mas kategorii moralnych i prawnych, wypracowanych przez cywilizowane narody do obrony jednostek i małych grup. Nawet w papieskiej głowie bliźni dziś jawi się w postaci zmultiplikowanej do miliona. Na globie ziemskim jest jeszcze dużo niezamieszkanych obszarów, gdzie można skierować migrantów różnych odmian i wyposażyć ich w narzędzia oraz inne pomoce, jakich nie mieli europejscy migranci, gdy również ryzykując utonięcie, przenosili się do obu Ameryk i gdzie indziej. Niech i oni pokażą, co potrafią. Tak widzę humanitarną i skuteczną politykę migracyjną.

Akty terroru wymierzone w Europejczyków przez bogobojnych muzułmanów to „szkody uboczne” (pojęcie to zawdzięczamy bombardowaniu Serbii przez lotnictwo NATO) – a nie istota problemu. Niektórzy widzą w nich zapowiedź przyszłej wojny przybyszy z tubylcami, co uważam za nieprawdopodobne. Nad inną możliwością bym się zastanowił. Pięć lat temu na tym miejscu postawiłem pytanie, czy wykluczona jest europejska „wojna secesyjna”, gdy podział wśród autochtonów nabierze charakteru intensywnej wrogości z powodu imigrantów, tak jak to było w Ameryce, gdzie Murzyni byli powodem, ale wojnę toczyli Amerykanie z Północy z Amerykanami z Południa.
Przeglądając stare papiery, zobaczyłem, że o problemie migracji pisałem kilkakrotnie już w latach 90. minionego wieku w czasopiśmie „Nowe Życie Gospodarcze”. Już wówczas pisało się o tym w tonie ostrzegawczym. Idąc za paroma francuskimi publicystami, pisałem (styczeń 1998), że imigracja urosła do głównego narodowego problemu Francji. Alain Griotteray (autor książki „Imigranci. Szok”) pisał w „Le Figaro Magazine”, że „imigracja może zburzyć Francję”. Elity polityczne były bezradne wobec problemu w obawie przed posądzeniem o „rasizm” i sprzyjanie Frontowi Narodowemu. Ta partia zdobywała w wyborach do 14% głosów, ale dzięki wymierzonej przeciw niej ordynacji we wzorowej francuskiej demokracji przeważnie nie miała ani jednego przedstawiciela w parlamencie. Ukształtowało się swoiste tabu utrudniające już nie tylko analizę, ale nawet statystykę zjawiska. Ilu imigrantów znajdowało się wówczas w kraju? Nikt dokładnie nie wiedział i nie wie. Oficjalnie podawano, że cztery i pół miliona, co było nieprawdopodobne, ponieważ w tamtym okresie co roku 100 tys. otrzymywało obywatelstwo francuskie i tym samym ubywało ze statystyki imigrantów. Ale wskutek otrzymania obywatelstwa Marokańczyk nie przestawał być Marokańczykiem, muzułmanin muzułmaninem. Gdy Giscard d’Estaing nazwał zjawisko „inwazją”, musiał przepraszać za to słowo; socjalista Rocard wyraził się niewinnie, że „Francja nie może przyjąć wszystkich nędzarzy świata”, co mimo całej swojej oczywistości także wywołało wrogą reakcję prasy i klątwy tych intelektualnych terrorystów, którzy wzywali do wojny z Serbią, a później do bombardowania Libii. (Dziś jeden z nich zagrzewa Ukraińców do wojny z Rosjanami).

Polskie media fukają na multikulturalizm jako ideologię podobno odpowiedzialną za migrację, a zwłaszcza ekspansję islamu w Europie. Pierwotną przyczyną imigracji było dążenie biznesu do posiadania taniej siły roboczej. Nie widzę, żeby multikulturalizm był znaczącym elementem przemieszczania się mas afrykańskich i bliskowschodnich do Europy. Ma znaczenie, ale inne i w innej dziedzinie. Wykształcona warstwa Europejczyków zauważa – mamy dużo świadectw – zmianę stosunku do tego, co było uważane za najwznioślejsze dziedzictwo kultury europejskiej: filozofii, poezji, dzieł dramaturgicznych, także religię trzeba tu uwzględnić. Wszystko to stało się wątpliwe, niekonieczne, działa słabiej, a nawet trochę nudzi. Podobno w czasie wojny niejeden żołnierz Wehrmachtu nosił w chlebaku tomik poezji (albo prozy) Goethego. Jeżeli pięciu Niemców powie mi, że Goethe dziś nie jest nudny, wyrzeknę się swoich poglądów. Nie wiem, co jest skutkiem, a co przyczyną, ale multikulturalizm występuje równocześnie z osłabieniem kultury europejskiej.

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy