Strzeż się złodzieja

Strzeż się złodzieja

Dzieckiem będąc, nie chciałem nigdy być żołnierzem, strażakiem ani policjantem (mam alergię na mundury). Najpierw marzyły mi się egzotyczne podróże; potem pod wpływem szlachetnych lektur postanowiłem walczyć samodzielnie z przestępczością i złem zagrażającym światu. Początkowo widziałem się w postaci kogoś na kształt Jamesa Bonda (acz bohater jeszcze wówczas nie zaistniał w kulturze masowej) ratującego ludzkość przed zagładą. W wieku pięciu lat trochę mi jednak wychudło i postanowiłem być już tylko detektywem demaskującym morderców, gwałcicieli i innych kryminalistów. Niestety, tajemnicze przeznaczenia rzuciły mnie na inne drogi. Zostałem profesorem, naukowcem, po trochu publicystą, mężem pantoflarzem mojej ukochanej Basi i ojcem dzieciom, z zazdrością tylko mogącym śledzić w telewizji wyczyny Columbo, Adriana Monka, Leroya Jethro Gibbsa czy Krzysztofa Rutkowskiego. Dziecięce mrzonki odeszły, wydawałoby się bezpowrotnie, w siną dal. A jednak nigdy nie należy do końca z niczego rezygnować. Oto zgrzybiałemu starcowi spełniły się onegdysiejsze ambicje. Złapałem złodzieja. Właściwie złapała go moja wspaniała wydawczyni Kasia Kalinowa (oficyna Sens), a ja tylko statystowałem, ale satysfakcja nie jest przez to mniejsza. Złodziej, acz urodzony w 1957 r. w Polsce, nazywa się dzisiaj JACK PARASKOVICH i jest obywatelem kanadyjskim.

A było to tak: wydawnictwo Sens postanowiło wznowić w jednym tomie (wyjdzie niedługo – serdecznie polecam) dwie moje książki: „A jeśli było inaczej” (2008) i „Kultura zmienną jest” (2009). Jedna z niebywale sumiennych redaktorek, przygotowując rzecz do druku i sprawdzając, co w międzyczasie o cytowanych przeze mnie faktach napisano, znalazła w internecie odniesienie do wydanego w 2016 r. w amerykańskim wydawnictwie dzieła „The wrong view of history” podpisanego przez pana Paraskovicha właśnie. Sprowadziła je do Rzeczypospolitej, zaczęła czytać i zdumiała się ogromnie. Rzekomy autor był bowiem łaskaw najprościej w świecie przetłumaczyć „A jeśli było inaczej”. Z całą bezczelnością nie wysilił się nawet na wielu stronach o dorzucenie czegoś od siebie czy choćby zmianę stylu. Zgoła się nie krępując, w indeksie nazwisk przytoczył cytowanych przeze mnie, bardzo mało nawet znanych autorów, tylko po mnie oczywiście wszelki ślad zaginął. Doprowadziło to do zabawnych nieporozumień. Dla potrzeb mojego wywodu, opierając się na bardzo wyspecjalizowanej pracy genealogicznej Thierry’ego Le Hête „Les Capétiens”, ułożyłem swoistą tabelę dzietności królów Francji. Pan Paraskovich przytacza ją w całości, podpisując nazwiskiem Le Hête. Tymczasem takiej tabeli u francuskiego genealoga oczywiście nie ma. I tak dalej, i tak dalej. Katarzyna Kalinowa, która jest nie tylko świetnym wydawcą, ale i osobą wielce energiczną, odnalazła telefon Paraskovicha i uprzytomniła mu, że w świecie elektroniki i internetu nie jest już tak jak w wierszu Czesława Miłosza, że:

Los węsząc zagubi
Wiodące tu tropy,
Ocean nas dzieli
Od złej Europy

Paraskovich przestraszył się nieco i oświadczył, że „chciał tylko spopularyzować prace prof. Stommy po swojej stronie Atlantyku (hi, hi, anonimowo), ale za parę dni zadzwoni z propozycją, jak sprawę polubownie załatwić. Jak łatwo się domyślić, nie zadzwonił. Ja mu, niech będzie spokojny, nie odpuszczę. Odpowiednie czynności już nawet zostały zaczęte, więc trochę bym na jego miejscu się niepokoił. Nie odpuszczę dla zasady i z solidarności z naukowcami, na których podobne hieny czyhają. Aczkolwiek osobiście przyznać muszę, że sprawił mi Jack Paraskovich dwie duże przyjemności. Po pierwsze, miło jest pomyśleć, iż nasza twórczość na tyle jest dla niektórych cenna, że nawet plagiują ją w odległych krainach. Po drugie, spełniły się dziecięce sny – złapałem (no dobrze, współzłapałem) złodzieja. Żeby jednak naprawdę przysłużyć się społeczeństwu, nie mogę tego drugiego zazdrośnie zatrzymywać do swojej prywatnej wiadomości. Dlatego opisuję tę sprawę w opiniotwórczym PRZEGLĄDZIE. Nie tylko jako przypowiastkę moralną mogącą kogoś zawrócić z drogi występku. Również ze względów dużo bardziej praktycznych. Otóż pan Jack Paraskovich pochodzi, o czym już wspominaliśmy, z Warszawy, z której wyemigrował dopiero w 1977 r. Nie jest więc wykluczone, że powraca niekiedy na miejsca swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Kto kradnie czyjąś własność intelektualną, może też miewać chrapkę na inne jej postacie. Jeżeli więc mielibyście spotkać pana Paraskovicha, radziłbym przedtem starannie schować domową biżuterię, dzieła sztuki, błąkającą się po domu walutę, zegarki. Każdy pierścionek, który po jego wizycie pozostanie w posiadaniu prawomocnych właścicieli, będzie dodatkowym światełkiem dla moich szczeniackich planów i nadziei. Przypominam: Wanted JACK PARASKOVICH!

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy