Gdy dwa razy dwa równa się kaloryfer

Gdy dwa razy dwa równa się kaloryfer

Z Galicji

Jeden z moich mistrzów pouczał mnie kiedyś tak: „Gdy ktoś ci mówi, że dwa razy dwa równa się pięć, spokojnie go przekonuj, że się myli. Pokaż mu na palcach albo na zapałkach, że dwa razy dwa to jednak jest cztery. Ale gdy ktoś ci mówi, że dwa razy dwa równa się kaloryfer, nie dyskutuj”.
Tę mądrą radę przekazuję dziś prezesowi Polskiej Akademii Nauk, panu profesorowi Michałowi Kleiberowi. Jak wiadomo, prezes chce pod patronatem PAN zorganizować konferencję „ekspertów” zespołu posła Macierewicza i ekspertów z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Intencje są zapewne poczciwe. Mam nadzieję, że to nie polityczne asekuranctwo, polegające na tym, że prezes PAN chce pokazać swoją neutralność w sporze rząd-nawiedzeńcy, bo nie wiadomo, kto za dwa lata będzie rządził, a nuż nawiedzeńcy. Wierzę w dobre intencje. Ich sens jest zapewne taki: skoro kilkadziesiąt procent Polaków wierzy bezkrytycznie w brednie Macierewicza i jego „ekspertów”, a dalszych kilkanaście gotowe jest uznać, że z tym zamachem to może i jest coś na rzeczy, to mamy do czynienia z faktem społecznym o dających się przewidzieć konsekwencjach politycznych. Znaczy to bowiem, że kilkadziesiąt procent Polaków nie ma zaufania do swojego państwa i jego instytucji, w tym do Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. W takim razie – próbuję nadal odgadywać intencje prezesa PAN, wciąż zakładając, że są one szlachetne – zorganizowanie takiej konferencji pokaże społeczeństwu, kto ma rację. Pokaże, że „eksperci” Macierewicza racji nie mają. Gdy lud to zobaczy, przestanie wierzyć Macierewiczowi i jego „ekspertom”, odbuduje się zaufanie do państwa i jego urzędów.
Z całym szacunkiem dla prof. Kleibera i kierowanej przez niego instytucji, ale takie myślenie to czysta (chciałoby się dodać „profesorska”) naiwność. Taka konferencja odniosłaby skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego. Lud, który z wywodów (nie mówiąc już o wyliczeniach) ekspertów i tak nic nie zrozumie, zobaczy jedno: że „eksperci” Macierewicza są równi ekspertom państwowej komisji, skoro jednych i drugich zaprasza Polska Akademia Nauk. Przy czym będzie wierzyć „swoim ekspertom”. Ci, co nie wierzą w zamach bezkrytycznie, ale gotowi są uznać, że coś może jest na rzeczy, tym bardziej utwierdzą się w swoim przekonaniu. Zobaczą przecież, że nawet PAN ma jakieś wątpliwości, skoro zwołuje konferencję, zaprasza jednych i drugich.
A wielu poważnych ludzi uzna, że PAN się ośmiesza, zapraszając do debaty różnych hochsztaplerów i nawiedzeńców.
Dialog społeczny i debata naukowa zawsze są potrzebne. Ale i społeczny dialog, i debata naukowa mają granice. W przypadku przekroczenia granic dialogu społecznego państwo ma prawo, a nawet obowiązek użycia środków przymusu. W przypadku debaty naukowej przekroczenie jej granic pozbawia ją przymiotu naukowości. Jest to może jeszcze debata, ale już na pewno nie naukowa. Debata naukowa wymaga, by debatujący zaakceptowali wstępnie pewne reguły: że będą posługiwali się argumentami na poziomie wyznaczonym przez metodologię nauk i paradygmat tej dziedziny nauki, której dotyczy debata; że nie będą odwoływali się do argumentów irracjonalnych, że przedmiot, o którym mają dyskutować, jest im znany etc.
Jeśli pod patronatem Polskiej Akademii Nauk i jej prezesa można poważnie dyskutować, czy pod Smoleńskiem był zamach, czy spowodowana nonszalancją lub lekkomyślnością katastrofa lotnicza, to równie dobrze można sobie wyobrazić cykl podobnych debat. Może pan prezes zaprosić grono paleontologów i prof. Giertycha z jego teorią, że smok wawelski był ostatnim żyjącym dinozaurem, co jest być może argumentem przemawiającym przeciwko ewolucji. Niech dyskutują. Ciekawe, jaki też może być wynik tej debaty. Albo grono kosmologów i astronomów może debatować z tymże mędrcem, czy wszechświat powstał 6 tys. lat temu, czy może trochę wcześniej.
Do każdego chyba uniwersytetu, pewnie do Polskiej Akademii Nauk także, pisują różni „odkrywcy” i „wynalazcy”. Zgłaszają rozmaite schizofreniczne teorie dotyczące tajemnic życia lub wszechświata albo wynalazki (od perpetuum mobile po bardziej skomplikowane urządzenia „do wszystkiego”, lekarstwa „na wszystko”). To może ich zapraszać na debaty z akademickimi specjalistami w odpowiednich dziedzinach?
Przed wielu laty miałem zaprzyjaźnionego gazdę z Murzasichla. Gdy Amerykanie wylądowali na Księżycu, nie uwierzył w to. Twardo stał przy swoim, dziwiąc się mojej naiwności, że tak łatwo dałem wiarę amerykańskiej propagandzie, której on nie uległ. Na początku próbowałem go przekonać, że jednak wylądowali. Nie tylko tym bardziej umacniało to gazdę w jego przekonaniu, ale też z coraz większą pogardą patrzył na mnie i moją naiwność. Tylko zaniechanie tego sporu uratowało naszą przyjaźń.
W „sprawie smoleńskiej” sporu zaniechać się nie da. Będzie trwał, a „mit smoleński” będzie się umacniał. I nie pomogą tu żadne konferencje, nawet pod patronatem Polskiej Akademii Nauk.

Wydanie: 39/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy