Jaki będzie nadchodzący rok?

Jaki będzie nadchodzący rok?

Któż nie zadaje sobie tego pytania? Odpowiedzi na nie jest wiele. Która prawdziwa? Sam chciałbym wiedzieć. Jedno jest pewne. Będzie to rok dalszych zmagań PiS z Platformą. Partii, które jeszcze w 2005 r. gotowe były tworzyć wspólny rząd, które – jak mogłoby się wydawać – w sumie więcej łączy niż dzieli. Tylko że tym, co dziś dzieli, jest nienawiść. Doświadczenie życiowe poucza, że zgodną, kochającą się rodzinę może na zawsze podzielić spór o spadek i majątek. Miłość ustępuje wtedy miejsca nienawiści. A nienawiść w rodzinie kłócącej się o spadek i majątek jest z reguły ogromna. Tego, co można by jeszcze wybaczyć obcemu, krewnemu nie wybacza się nigdy. Platformę i PiS podzielił spór o spadek po „Solidarności”. Kto jest prawdziwym dziedzicem? W poetyce Jarosława Kaczyńskiego wyraża się to orzekaniem, kto dziś stoi tam, gdzie stał zawsze, a kto tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Majątkiem zaś jest władza i wszystkie związane z nią profity.
Jeszcze po upadku idei PO-PiS-u Platforma wspierała wszystkie pomysły PiS. Partie te wspólnie i zgodnie uchwaliły ustawę lustracyjną, którą później zdemolował Trybunał Konstytucyjny, wspólnie likwidowały Wojskowe Służby Informacyjne, tworzyły CBA i nadawały kierunek działaniom IPN. Nawet idea IV RP zrodziła się w głowach intelektualistów Platformy, zanim PiS ją przejęło i zaczęło realizować. Łączy te partie stosunek do PRL i groteskowy antykomunizm. Groteskowy, bo dziś antykomunizm bez komunistów jest równie karykaturalny jak antysemityzm bez Żydów. A jeden i drugi jest zarazem śmieszny i groźny. Tyle że Platforma nie była krwiożercza, a PiS od zawsze było. Platforma była zawsze w miarę obliczalna, PiS obliczalne nie było nigdy i nawet swoją nieobliczalnością się szczyciło. Znaczna część Polaków głosowała i w przyszłości będzie głosować na Platformę tylko dlatego, że boi się rządów krwiożerczego i nieobliczalnego PiS, a nie widzi alternatywy.
Wielu prominentnych polityków Platformy nie odbiega poglądami od standardowych zapatrywań PiS, do Platformy trafiło przez przypadek i ze względów raczej towarzyskich niż jakichkolwiek innych. Gowin, Czuma, Sikorski czy Raś ideologicznie wcale nie różnią się od Jarosława Kaczyńskiego.
Mamy więc wojnę w rodzinie, wojnę domową, taką, przy której „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”.
Ta wojna musi się skończyć, całkowicie wypalić, wtedy dopiero jakoś się ułoży na nowo scena polityczna. To chyba jeszcze nie nastąpi w 2013 r.
Tymczasem powstanie film „Smoleńsk”. Będzie to zapewne superprodukcja na miarę „Bitwy pod Wiedniem”. Paranoja ubrana w scenariusz. Obraz, w którym zaprawiona w serialach, eteryczna Małgorzata Kożuchowska będzie mogła wreszcie zrealizować ambicje polityczno-aktorskie i zagrać smoleńską sztuczną mgłę lub nawet brzozę, a Jerzy Zelnik wcieli się być może we wrak tupolewa.
Rymkiewicz walnie kolejny dytyramb na cześć Jarosława złośliwie nieinternowanego, a Macierewicz w swoim śledztwie smoleńskim przejdzie od fazy „w sprawie”, którą już zakończył wykryciem zamachu, do fazy „przeciwko”, to znaczy będzie musiał wykryć jego sprawców. Właściwie wszystko i tak jest jasne, ale brakuje jeszcze dowodów twardych, niezbitych i porażających, przy czym z obserwacji postępów choroby śledczego wynika, że niewątpliwie szybko je znajdzie. Tym bardziej że Rosja, jak widać, do końca swojego śledztwa nie odda nam kawałków relikwii tupolewa, mimo że na prośbę ministra Sikorskiego pani Ashton niezobowiązująco zagadnęła o to Ławrowa przy herbatce, a on niezobowiązująco coś jej przy herbatce odpowiedział. Wrak w Smoleńsku na razie pozostał. Chwilowo musi chyba wystarczyć Zelnik w tej roli. Skoro Rosja nie chce nam wydać naszej relikwii, tym samym przyznaje się, że chce coś ukryć. Ale nie z Macierewiczem takie numery, Brunner (albo lepiej Stirlitz)!
Bardzo jestem ciekaw, kiedy publiczność będzie już miała dość tego spektaklu i przegoni aktorów ze sceny. Na pewno nie wcześniej, niż pojawi się jakaś trzecia siła, na tyle poważna, że będzie umiała pokazać, iż rzeczywiście „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Najpierw więc musi być ten trzeci. Ten trzeci zaś rodzi się pomału, w bólach i happeningach na przemian, ale kiedyś się przecie urodzi. Nic jednak nie wskazuje, by miało to nastąpić już w 2013 r.
Tymczasem ogarnięci miejscową paranoją nie dostrzegamy, że nasze losy ważą się zupełnie gdzie indziej. Szarpana kryzysem Europa szuka dróg wyjścia. Słabnięciu zjednoczonej Europy towarzyszy ożywienie nacjonalizmów, populizmów i separatyzmów. Jeśli przegapimy moment, możemy się obudzić gdzieś na jej marginesie, poza zjednoczonym centrum, bez jakiegokolwiek wsparcia, bez gwarancji, bez barier dla naszych wewnętrznych szaleństw.
W pierwszej dekadzie III RP priorytety polityki zagranicznej były wspólne dla wszystkich sił politycznych. Wszyscy popierali dążenia do członkostwa w NATO i Unii Europejskiej, chcieli dobrych stosunków z sąsiadami, akceptowali powojenne granice. I – co może najważniejsze – mieli świadomość, że do wewnętrznych rozgrywek nie należy mieszać polityki zagranicznej.
Dziś niewiele z tego zostało i niestety nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. Nic nie wskazuje na to, byśmy potrafili jednym głosem mówić o przyszłym miejscu Polski w Europie. I jest to bodaj najcięższy i najbardziej brzemienny w skutki grzech naszej klasy politycznej.

Wydanie: 1/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy