Po co nam to?

Po co nam to?

Nawet pospolita rywalizacja między partiami nie obywa się bez przeinaczania faktów, a co powiedzieć o wojnie, zwłaszcza domowej? Słusznie mówi się, że pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Do naszych czasów prawda miała jednak tak duży prestiż, że kłamstwa głoszono z zapewnieniem, że są to prawdy. I właśnie widzimy, że to się zmienia. Pojęcie „wojny informacyjnej” znosi różnicę między prawdą i fałszem, ten drugi nie potrzebuje stroić się w prawdę, wystarczy mu duży nakład, duża oglądalność i słuchalność. Wystarczy, jeśli pogląd znajduje się w głównym nurcie i zagłusza inne przekonania. Świat jest zbyt skomplikowany, żeby jednostka mogła mieć własne zdanie, zresztą po co jej to własne zdanie. Pragnie, „abyśmy byli jedno”, i w dążeniu do tej jedności chłonie treści głównego nurtu, jakby były jej własne.
Pojęcie wojny informacyjnej zwolniło dziennikarzy i polityków nawet od szczątkowego poczucia obiektywizmu.
Nieważne, kto zestrzelił nad Ukrainą malezyjski samolot, ważne, komu to należy przypisać. Ukraińskie władze natychmiast odkryły, że zrobili to Rosjanie, separatyści lub wojskowi na rozkaz Putina. W całym zachodnim świecie ta wersja była dopasowana do głównego nurtu i została przyjęta – chciałem powiedzieć „bezkrytycznie”, ale wojna informacyjna znosi też różnice między krytycznym i bezkrytycznym. Informacji puszczanych w świat w celach wojennych można się bać, nawet trzeba, ale kto w nie wierzy, nie nadąża za nowoczesnością. Wiarygodność ukraińskiej wersji miała być poświadczona tym, że została wykryta natychmiast po zestrzeleniu samolotu. Ja bym się zapytał, czy nie była ona znana ukraińskim służbom specjalnym przed zestrzeleniem. Amerykanie wszystko wiedzą, tylko samoloty malezyjskie jakoś się wymykają ich satelitom zwiadowczym. Już wiadomo, że pierwsza wersja o zestrzeleniu była nieprawdziwa, ale ta informacja nie ma odpowiedniej mocy bojowej, strzelilibyśmy sobie w stopę, gdybyśmy ją uznali.

Wojna domowa na Ukrainie (bo to jest wojna domowa, Rosjanie tylko pomagają swoim, a Amerykanie swoim) należy do odłożonych w czasie niezamierzonych skutków szczególnego sposobu rozwiązania Związku Radzieckiego. Obawiano się, nie bez podstaw, że rozwód negocjowany zamieni się w kłótnię, kłótnia w konflikt, konflikt w wojnę. Dlatego przyjęto metodę najprostszą: podział według granic republikańskich, każde nowe państwo przejmuje wszystko, co się znajduje na jego terytorium: zakłady przemysłowe, wojsko z czołgami i całym sprzętem; jeśli samolot lądował w danej chwili dla nabrania paliwa, stawał się własnością państwa, na terytorium którego się znalazł. W ten sposób Ukraina stała się na pewien czas mocarstwem atomowym. Obok mnóstwa skutków paradoksalnych i komicznych zaszła też okoliczność niezmiernej wagi, trzeba powiedzieć – tragiczna. 20 mln Rosjan znalazło się w granicach obcych od tej chwili państw. Amerykanie, inaczej zwani społecznością międzynarodową, od razu ogłosili, że próba Rosji wzięcia w taki lub inny sposób w obronę zagranicznych Rosjan będzie traktowana jako agresja, naruszenie ładu międzynarodowego.
Od jakiego momentu stosunki między republikami radzieckimi stały się ładem międzynarodowym? Kto w czasach radzieckich powiedziałby, że Ukraina, Estonia czy Kazachstan są państwami, którym do pełnej suwerenności brakuje tylko niezależności od Moskwy? Uchodziły za jednostki administracyjne. Jaki Bóg zatem swoim fiat, „niech się stanie”, przemienił w ciągu jednej doby jednostki administracyjne w suwerenne państwa, do których Moskwa nie ma prawa się mieszać pod groźbą kary ze strony „społeczności międzynarodowej”? Moja odpowiedź jest taka, że Ukraina i inne republiki już w czasach radzieckich były swego rodzaju państwami, a nie zostały stworzone z niczego podczas białowieskiej nocy. Trzeba to sobie dobrze zapamiętać: państwo ukraińskie zostało utworzone przez władzę bolszewików, Lenina i Stalina, i obronione m.in. przed Polską przez Związek Radziecki. Nie zostało wywalczone, jak teraz wyobrażają sobie kolejne Majdany, przez UPA. Ta faszystowska formacja dostarczyła tylko dzisiejszej Ukrainie wzoru uprawiania polityki, usprawiedliwiania bestialskich metod rozprawiania się z przeciwnikami (spalenie żywcem kilkudziesięciu osób w Odessie, co wojnie informacyjnej udało się na razie skutecznie przemilczeć) i dzikiego szowinizmu antyrosyjskiego i antypolskiego.
Obóz rządzący w Polsce, reprezentowany w równym stopniu przez prezydenta Komorowskiego, jak przez prezesa Kaczyńskiego, udziela Ukrainie pomocy dyplomatycznej i dostarcza uzbrojenia; w swoim antyrosyjskim zaślepieniu nie dostrzega różnicy między działaniem politycznym, w którym sojuszników dobiera się i zmienia zależnie od koniunktury, a zasadniczą treścią „idei narodowej”, narodowego mesjanizmu (pod tym względem Ukraińcy przeżywają jakiś szalony paroksyzm), który pozostaje niewrażliwy na bieżącą politykę. Partie Komorowskiego i Kaczyńskiego starają się zagrzebać w ziemi i przykryć chrustem tę niewygodną dla nich prawdę, że neobanderowcy – oni nadają kierunek – nie zapominają o „ukraińskim” Zakerzoniu. W książce wydanej dwa lata temu, tłumaczonej z ukraińskiego, można przeczytać: „straciliśmy (na rzecz Polski) 20 tys. km kw. odwiecznie ukraińskich ziem. Jednak nawet dzisiaj nie mogę stwierdzić, czy jest to strata na zawsze, gdyż już niejednokrotnie procesy społeczne i narodowe przyprawiały ludzi o zdziwienie. Pewne jest to, że Ukraińcy z Ziem Zachodnich powinni powracać na swoje tereny historyczne…” („Za to, że jestem Ukraińcem”, s. 367). Tak jak Rosjanie dokonali anschlussu Krymu, tak dominujący obecnie dalekowzroczni neobanderowcy czekają na warunki pozwalające na anschluss polskich terenów południowo-wschodnich.

Ukraińcy mają swoje państwo dzięki Związkowi Radzieckiemu, kto temu przeczy, jest ślepy na fakty lub ma złą wiarę. Moskwa uwolniła Ukrainę na takich warunkach, że końca kłopotów dla niej i dla siebie nie widać. Milcząca część Polaków sojusz z Ukrainą uważa za sztuczny, bo Ukraińcy nie są, historycznie rzecz biorąc, narodem nam przyjaznym; wszystkie od wieku XVIII czynione próby zaprzyjaźnienia się źle się kończyły. Dwaj panowie K. i ich partie rywalizujące, która jest bardziej partią wojny, cudów nie zdziałają.

Wydanie: 39/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy