Polskość?

Polskość?

Janusz Palikot miał powiedzieć, że należałoby się wreszcie wyrzec polskości. Lubi on wyrażać się figuralnie i nie zawsze wiadomo, co ma na myśli. Gdyby rzeczownik „polskość” wziąć dosłownie, też nie byłoby wiadomo dokładnie, o co chodzi. Tkwi w nim sugestia, że istnieje trwała, odwieczna, niezmienna esencja polskości, a to jest nieprawdopodobne. Przełożyłbym więc „polskość” na dziedziczne obciążenia, kładąc akcent na to, jak Polacy myślą i jak się zachowują nie w ogóle, ale w sprawach publicznych. Oczywiście od razu wyłania się trudność, jak oddzielić publiczne od prywatnego. W zeszłym roku przeczytałem w gazecie, że w pociągu Intercity na trasie Kraków-Warszawa podróżujący Holender dotkliwie pobił pasażera Polaka. Z jakiej przyczyny? Otóż Polak nie dał sobie wytłumaczyć, że rozmawiać przez komórkę, jeśli się już musi, to należy na korytarzu i po cichu. Polaczkowi nawet przez myśl nie przemknęło, że to on był agresorem, a Holender skorzystał z prawa do obrony koniecznej. Pozdrawiam serdecznie Holendra, bo zrobił coś, na co i ja w podobnych okolicznościach miewam nieraz ochotę. To była sprawa prywatna. W tym roku różnica „wrażliwości” polskiej a holenderskiej rozrosła się do rozmiarów publicznych. Holendrzy u siebie mają już dość polskich obyczajów i całej polskiej tożsamości narodowej, która im spadła na głowę w postaci dwustu tysięcy gastarbajterów, przypuszczalnie podobnie obyczajowo ułożonych jak ów rozmowny z pociągu. Media polskie sporo o tym piszą i gadają, ale nie usłyszałem ani jednego zdania o przyczynach niechęci do Polaków. Może polskie umiłowanie wolności za granicą się nie podoba? Zwróciłem kiedyś uwagę gromadce nastolatków, żeby nie używali wulgarnych słów, bo siedzą w ogródku piwnym, a nie w polskim teatrze. Odpowiedzieli mi na to, że żyjemy w wolnym kraju i mogą mówić, jak chcą.

Holendrzy, dopóki im się przyjezdni ze świata nie dali we znaki, byli najbardziej kosmopolitycznym narodem w Europie. Kiedyś odkrywali świat, zaczynają odkrywać sami siebie.
Polski minister spraw zagranicznych pysznił się narodowo, głosząc, że uprawiamy najszlachetniejszy eksport, wysyłamy mianowicie za granicę, głównie na Białoruś, wolność i demokrację. Wolność po polsku jest rzeczą szczególną i mnie się ona kojarzy raczej z ową mową kloaczną z piwnego ogródka i polskich filmów. Ale cofnijmy się do źródeł. Średniowieczny kronikarz niemiecki Thietmar pisze o Polakach swojego czasu, że nie dają sobą rządzić, jeżeli władca nie stosuje kar okrutnych. „Lud ten – pisze – wymaga pilnowania na podobieństwo bydła i bata na podobieństwo upartego osła”. Przez parę wieków mocowały się w Polsce nieposłuszeństwo szlacheckiego ludu z przemocą władców i w końcu zwyciężyło nieposłuszeństwo. Jako jedyna władza ostał się samorząd sejmikowy, rozległy kraj stał się ziemią niczyją, państwa leżące najbliżej rozebrały go sobie po kawałku. Ale zanim do tego doszło, Polska podejmowała próby szlachetnego eksportu wolności, o jakim mówi minister Sikorski. Renesansowy pisarz, znakomity publicysta Łukasz Górnicki, pisał: „Oto Moskwie ukazujemy wolność, wzywamy ich do niej, a oni przecię nie chcą; a czemu? iż są niemądrzy, albo też przeto nie chcą, iż widzą, że by w wolności żyć nie umieli; zaś by im przyszło żyć w niewoli, a podobno cięższej niż pierwsza była”. Czy Polacy potrafią żyć w wolności? Mam wątpliwości. Czy chlubią się czymś, czego dokonali w warunkach wolności? Nie przypominam sobie. Czczą natomiast bez umiaru, co robili i co z nimi robiono w warunkach niewoli. Wolność nie służy im do zrobienia czegoś wielkiego, godnego czci i podziwu. Obecnie żyjące pokolenia są przez państwo wychowywane w podziwie dla powstania warszawskiego, o którym jeden z największych patriotów czasów wojny, Adam Ronikier, napisał, że było zbrodnią (popełnioną przez tych, którzy dali do niego rozkaz) przewyższającą „wszystkie dotychczasowe zbrodnie na żywym ciele Polski w ciągu jej dziejów dokonane”. Rządzą nami partie, które młode pokolenie na przykładzie powstania warszawskiego uczą polityki i sposobu postępowania z wielokrotnie silniejszymi wrogami. Starają się te partie, te rządy, te sejmy i ci prezydenci obciążyć dziedzicznie mentalność Polaków jeszcze jednym składnikiem chorobowym. Jeżeli to należy do „polskości”, to trzeba się zgodzić z Januszem Palikotem.
Państwowe oddawanie czci tak zwanym żołnierzom wyklętym jest dodatkiem do kultu powstania warszawskiego. Gdy zbieram razem to, co o nich wiadomo, utwierdzam się w tym wrażeniu, jakie miałem nieomal od pierwszego wejrzenia: gdy przychodzili do nas do domu najpierw niby zuchowatym krokiem, a później skradając się, emanowali nieszczęściem. To byli ludzie nieszczęśliwi, oszukani przez londyński rząd, jego krajowych delegatów i krajową klikę generalską, głupią i nieodpowiedzialną. Nikt nie stawia pytania, co takiego osiągnęli, że państwo ustanawia oficjalny ich kult. Zmyśla się ciągłość między nimi a zdarzeniami późniejszymi o niemal pół wieku. Zabijali przeciwników politycznych, a przeciwnicy polityczni zabijali ich, i proszę mi wytłumaczyć, kto ma prawo zabijać wroga, a kto nie ma prawa.

Wydanie: 11/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy