Sztuczki z własnością

Sztuczki z własnością

Oligarcha Chodorkowski uwierzył, że w Rosji własność nagle stała się świętością i on może ze swymi miliardami robić, co mu się żywnie podoba, na przykład finansować partie opozycyjne. Chodorkowski, jak świadczy jego kariera, bardzo szybko myśli. Niestety, rodacy za nim nie nadążają. Im w uszach jeszcze dźwięczy maksyma, że własność jest kradzieżą. Dla tej maksymy przez osiemdziesiąt lat poświęcano ekonomię, zdrowy rozsądek i nie żałowano też żywych ludzi. Jeszcze za Gorbaczowa policja radziecka przepędzała z placów i stadionów prywatnych sprzedawców pestek słonecznika. Gazety rozpisywały się o aferze kwiatowej: mieszkanka Odessy została aresztowana za sprzedawanie na targu kwiatów wyhodowanych na swoim balkonie. Ten fakt utkwił mi w pamięci, więc się powtarzam. Prawo własności prywatnej było w Rosji nowością jeszcze w XVIII wieku. (W Polsce, nawiasem mówiąc, też jest dużo młodsze niż na Zachodzie). Obalić je i zastąpić własnością kolektywną nie było trudno. Co nie przeczy, że przy tym dziele wylano rzekę krwi. Przelana krew miewała czasem w historii moc uświęcania czegoś i zdawało się, że w Rosji uświęciła własnościowy kolektywizm. Było to tylko uświęcenie powierzchowne i przymusowe i rozwiało się, gdy przymus został zdjęty. Wówczas kto prędzej myślał, ten dorywał się do jakiejś własności, pomnażał setki w tysiące, tysiące w miliony, miliony w miliardy i tak powstał Chodorkowski. On ani nie kradł, ani nie rabował – włączył się do legalnego hazardu, do zabawy, jaką demokratyczni panowie Rosji zaczęli pod nazwą prywatyzacji. Było to jedno z najdziwaczniejszych wydarzeń w historii społecznej ludzkości. Gdy zbrojni najeźdźcy przejmują ziemie i stada tubylców – wszystko jest w porządku. Przynajmniej z punktu widzenia filozofii dziejów. Ale żeby zdobywać miliardowe udziały w koncernach naftowych czy gazowych za pomocą operacji przypominających grę w brydża lub rozwiązywanie łamigłówek – tego świat nie widział.
Problem w tym, że własność jest rzeczywiście w pewnym sensie świętością. Posiadacz musi do niej dojść w pewien określony sposób. Ten, który pierwszy ogrodził kawałek ziemi i powiedział: to moje, nabył własność w sposób ją uświęcający, jako nagrodę za genialność. Nikt przed nim na to nie wpadł i ziemia była niczyja. Również ci, którzy na tej ziemi pracowali w pocie czoła, nabywali święte prawo własności do tego, co im wyrosło, minus część należną właścicielowi.
Układ własnościowy, jaki powstał w Rosji wskutek rewolucji prywatyzacyjnej, utrzymuje się jakimś cudem, całkiem wbrew elementarnym wyobrażeniom o sprawiedliwości i o tym, co realnie możliwe. Gdyby Chodorkowski (mówiąc trybem pars pro toto) zadowolił się milionem, mógłby sobie żyć spokojnie między innymi milionerami, których jest wielu. Ale przesadził. Nie znał miary. Taki stan rzeczy, gdy jedni mają władzę i są relatywnie biedni, a drudzy są bardzo bogaci i nie mają władzy, jest nietrwały.
Figle z własnością uprawia się również w Polsce. Jednak nie na taką transsyberyjską skalę. Ot, na przykład rekompensuje się ludziom stratę własności poniesioną po wschodniej stronie Bugu, ale strat poniesionych po stronie zachodniej się nie rekompensuje. SLD szuka swoich korzeni ideowych w przeszłości polskiego socjalizmu, ale nie widzi, że problem własności, właściwego jej zdefiniowania, był dla socjalistów jednym z najważniejszych. Gdyby SLD był partią na serio ideową i socjaldemokratyczną, pierwszym zagadnieniem, jakie by próbował rozwiązać, sposobiąc się do rządzenia, byłoby zagadnienie własności. Partie prawicowe są jeszcze osobliwsze: uroczyście oświadczają, że własność jest świętością, ale gotowe są wyposażyć we własność każdego, kto się po to zgłosi. Własność dla nich jest świętością, tak jak woda święcona.
*
Słowa „własność wspólna” w Polsce nie nasuwają już ludziom żadnej myśli. Są to słowa bez pokrycia. Dlatego z takim trudem przychodzi krajowi wybudowanie kilometra drogi, nie mówiąc o autostradzie. Jeżeli media rzeczywiście wiernie wyrażają głupotę ludności (wydaje mi się, że to tylko ich głupota), to Polacy uważają autostrady za prywatną własność wicepremiera Marka Pola, który żąda na swój prywatny cel podatków „z naszych kieszeni”. Jeżeli drogi nie są własnością Marka Pola, to są niczyje. Trudno pojąć, że mogą być własnością wspólną, najdosłowniej naszą. Na drogi nie dam złotówki z własnej kieszeni, ale gdy państwo kupuje za miliardy samoloty bojowe, to nawet mi przez myśl nie przemknie, że te miliardy są z „naszej kieszeni”. (Może ten wydatek jest celowy, nie wiem, wiem tylko z całą pewnością, że pochodzi z naszych kieszeni).
Polski podatnik jest niezwykle skąpy, gdy chodzi o wydatki na cele wspólne i ewidentnie użyteczne. Ale powiedzcie mu, że są gdzieś groby do rozkopania, w których można by policzyć szczątki szkieletów, albo że jakaś komisja śledcza potrzebuje pieniędzy na szukanie zagubionych słówek, a zapomni, że koszty tych obrzędów są pokrywane z jego kieszeni.

Wydanie: 45/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy