Trudne rezerwy

W wywiadzie dla „Przeglądu” (nr 8 br.) Krzysztof Janik, szef klubu parlamentarnego SLD, mówi, że SLD może stosunkowo łatwo uruchomić „proste rezerwy” wyborcze, które zapewniłyby Sojuszowi 13-15% głosów w przyszłych wyborach, a więc, idąc dalej, 60-70 miejsc w przyszłym Sejmie. Wyszedłby z tego całkiem przyzwoity klub opozycyjny mogący uczestniczyć w grze parlamentarnej.
Krzysztof Janik udzielał tego wywiadu jeszcze przed decyzją Leszka Millera o zrezygnowaniu z kierowania SLD. Ale podobne poglądy rozlegają się także w innych miejscach, nie mogę więc podzielić zawartego w nich, nieco emerytalnego optymizmu. Pomijając już bowiem wszystkie inne względy, jak ten na przykład, że pobyt w Sejmie powinien jednak łączyć się z próbami przeforsowania jakiejś wizji państwa, jego polityki i gospodarki, nie wyobrażam sobie, aby marginalny klub SLD-owski mógł sobie przez nadchodzące lata żyć spokojnie jak u Pana Boga za piecem, czekając na lepsze czasy. Nie trzeba żadnej wyobraźni, aby przewidzieć, że jego członkowie staliby się natychmiast obiektem odwetu za wszelkie popełnione i niepopełnione przewinienia w okresie sprawowania rządów, a liczba odbieranych immunitetów dość szybko przekroczyłaby wyniki osiągane obecnie przez Samoobronę. Działoby się to tym żwawiej, im mniejsze sukcesy miałby do odnotowania sprawujący wówczas władzę prawicowy rząd, a trudno sobie wyobrazić obecnie rząd w Polsce, który by mógł w szybki i odczuwalny dla zwykłych ludzi sposób odwrócić naszą sytuację gospodarczą i społeczną.
Tak więc wiara w „proste rezerwy” wydaje mi się dość krótkowzroczna.
Istnieją natomiast od dawna mniej proste „rezerwy”, po które formacja lewicowa mogłaby sięgnąć, gdyby chciała i potrafiła. Nie mówię tego w związku z najbliższymi wyborami ani w ogóle z najbliższą perspektywą polityczną, która rysuje się marnie, lecz w związku z szerzej rozumianą przyszłością lewicy w Polsce, która interesuje mnie znacznie żywiej.
Słyszy się więc głosy, że spadek notowań SLD powoduje po prostu biologiczny spadek liczebności tzw. elektoratu PRL-owskiego, który sprzyjał tej partii, spodziewając się po niej obrony społecznych zdobyczy poprzedniego systemu. Ale rzecz nie jest wcale taka prosta. Oto więc na przykład, jak podają media, w mieście Włocławku ma stanąć pomnik Edwarda Gierka, którego wzniesienie akceptuje prawicowy obecnie burmistrz tego miasta, nie chcąc się narażać nie tylko radzie miejskiej, ale i ludności miasta. Ludność natomiast, wypytywana przez telewizyjnego reportera mówi, że za Gierka we Włocławku „żyło się prościej”, a ich miasto stało się w tym czasie znaczącym ośrodkiem przemysłowym dającym pełne zatrudnienie.
Nie mam zamiaru gloryfikować tamtych czasów, ale trzeba nad tym się zastanowić. W telewizji publicznej powstał ponoć projekt, aby masowo oglądane i lubiane przez widownię seriale, jak „Czterej pancerni”, „Stawka większa niż życie” czy „07 zgłoś się” poprzedzać prelekcjami, mającymi stępić ich zatrute komusze żądło, które trafia do publiczności. Jest to zabieg identyczny z tym, jaki uprawiano w PRL-u, gdzie wszelkie co mądrzejsze książki zachodnich autorów opatrywało się wstępem dowodzącym, jak dalece są one niesłuszne, aby następnie przekazać je czytelnikom, którzy czytali je z zachwytem. To prawda, że ubywa starzejącego się elektoratu PRL-owskiego, ale czy ktoś na obecnej lewicy zastanowił się na serio, jakie marzenia, dążenia, poglądy czy oczekiwania znacznie młodszej i wcale już nie PRL-owskiej publiczności wyrażają te sentymenty? I czy coś z tego nie mogłoby, przy odrobinie namysłu i odwagi, stanowić „rezerwy” współczesnej lewicy?
Ale dajmy spokój przeszłości. Myślę, że obecna III Rzeczpospolita tworzy niemal codziennie sytuacje, które są „rezerwą” lewicy. Oto na przykład na wystawie sztuki norweskiej w „Zachęcie” Liga Polskich Rodzin zakwestionowała dwie figurki nawiązujące do postaci Jezusa i Marii, ponieważ obrażają one uczucia religijne Ligi. Nie jest to pierwszy taki przypadek, mieliśmy przecież całą awanturę sądową o obraz malarki Nieznalskiej i wszystko to pokazuje, że są w Polsce środowiska, które czują się przyduszone zaduchem kruchty i obskurantyzmem nacierającym coraz silniej. Czy nie jest to „rezerwa” lewicy?
Jest w Polsce coraz żywszy ruch ekologiczny i feministyczny wśród ludzi młodych, nieskażonych PRL-em. Ale czy obecna oficjalna lewica choć przez moment potraktowała te ruchy jako swoją „rezerwę”, wychodząc jej naprzeciw?
Można o to zapytać chociażby minister Jarugę-Nowacką, która znacznie więcej energii zużywa na taktyczną szarpaninę z własnym rządem o prawa kobiet niż z przeciwnikami tych praw.
Jest w Polsce coraz więcej wykształconych młodych ludzi bez pracy i ludzi kształcących się na wyższych uczelniach, którzy już wiedzą, że pracy nie dostaną. Ale z rządu, prosząc o to dwukrotnie, ustąpiła wiceminister Jolanta Banach zajmująca się problemami pracy i ubóstwa. Czy przypadkiem nie dlatego, że nie zauważono tu „rezerwy” lewicy, która nie powinna się godzić z absurdem, jakim jest bezrobocie wykwalifikowanych, którym nie proponuje się nawet – jak często na świecie – przyzwoitego wolontariatu?
Można tak wyliczać długo, można też posłuchać, o czym śpiewa dziś rosnący lawinowo ruch hiphopowy, aby zrozumieć, że tętno lewicy nie bije dziś w biurach, komitetach, zarządach, ale w zupełnie nowych miejscach i środowiskach, gdzie wyraża się je często w obscenicznych formach, ale mówi się o sprawiedliwości, równości, straconych szansach, które zniszczył także proces transformacji prowadzonej równocześnie pod dyktando neoliberałów i obskurantów. Ale czy ktokolwiek z oficjalnej lewicy odważa się uznać to za „rezerwę”?
W udzielonym „Trybunie” wywiadzie ekonomista prof. Kowalik mówi: „Kapitalizm pozostawiony sam sobie, to znaczy bez walki, bez równowagi sił społecznych zaczyna się dusić, degeneruje się”. To właśnie dzieje się u nas. Czy przeciwstawianie się tej degeneracji nie jest „rezerwą” lewicy?
Nie jest to „rezerwa prosta”, to prawda. Aby do niej dotrzeć nie wystarczą zręczne triki na sejmowym parkiecie. Potrzebna jest reorientacja intelektualna, obyczajowa, światopoglądowa. W mnożących się obecnie dysputach o przyszłości SLD powraca uporczywie pytanie, czy stać go na taką reorientację i odpowiedzi jak dotąd są mało zachęcające.
Ale przecież kiedyś trzeba zacząć, aby samo pojęcie lewicy nie wyparowało z naszej rzeczywistości.

 

 

Wydanie: 9/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy