Bandera – bohater Juszczenki

Bandera – bohater Juszczenki

Odchodzący po wyborczej klęsce prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko na sam koniec urzędowania pokazał swoim polskim promotorom i entuzjastom gest Kozakiewicza. Hołubiony przez prezydenta Kaczyńskiego, który spotykał się z nim o wiele częściej niż z innymi przywódcami, ale i przez prezydenta Kwaśniewskiego w czasie pomarańczowej rewolucji, doktor honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, przyznał tytuł Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze. Temu samemu Banderze, który ma na swoim koncie zamachy terrorystyczne w latach 30., mordowanie Polaków, Ukraińców i Żydów latem 1941 r., gdy jego żołnierze z batalionu Nachtigal weszli wraz z Wehrmachtem do Lwowa i z hasłem: Lachiw wyrizem, Żydiw wydusym, a Ukrajinu stworyty musym dokonali bestialskich rzezi na miejscowej ludności. Co i tak było tylko przygrywką do masowego ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, jakie się zaczęło na początku 1943 r. Symbolem tych tragedii jest m.in. Huta Pieniacka, w której 28 lutego 1943 r. wymordowano ponad 1000 Polaków. Czy czarna niedziela, 11 lipca 1943 r., gdy z niezwykłym okrucieństwem zamordowano 10 tys. ludzi.
Zbrodnie wołyńskie mają swoich ideologów i wykonawców: Banderę, Doncowa, Szuchewycza i Sawura. Ukraina prezydenta Juszczenki stawiała im pomniki, fundowała place i ulice. W ceremoniach i uroczystościach brali udział kombatanci Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej wojskowego ramienia, UPA. Decyzja Juszczenki o uhonorowaniu Bandery tytułem Bohatera Ukrainy jest niespodzianką tylko dla polskich polityków, którzy zamykali oczy na jego działania w czasie całej kadencji. Jak chociażby na odznaczenie już w 2006 r. Romana Szuchewycza w czasie Światowego Kongresu Ukraińskiego, przy aplauzie nacjonalistów, którzy zdominowali tę organizację. Albo na ogłoszenie 2009 r., w stulecie urodzin, Rokiem Stepana Bandery. Polityka historyczna Juszczenki nigdy nie pozostawiała złudzeń co do tego, jak traktuje zbrodnię ludobójstwa na Wołyniu. Poniewczasie można tylko przypomnieć, że szczególnym traktowaniem Juszczenki i wybiórczym podejściem do tragicznej przeszłości nasi politycy pomogli w jej zamknięciu. Milczenie i półprawdy Juszczenko uznał za aprobatę dla fałszowania historii „w imię strategicznego partnerstwa między Polską i Ukrainą, które wymaga powściągliwości i rzetelnego spojrzenia w przeszłość”.
Nie ma na to zgody. Po stokroć nie. Prawdy, zwłaszcza tak bolesnej, i krzywdy ciągle obecnej w snach rodzin ofiar nie da się załatwić geopolityką i rzekomą racją stanu. Rzekomą, bo prawdziwy interes Polski i Ukrainy, jakim są dobrosąsiedzkie relacje, nie może być nieustannie obciążany tragiczną historią. Czy tak wiele trzeba, by wyjść z tego przeklętego kręgu? Czy tak wiele trzeba, by rodziny ofiar ludobójstwa na Wołyniu doczekały się sprawiedliwości? By padły wreszcie słowa, na które czekają. Słowa, które i tak kiedyś muszą paść, bo każda zbrodnia prędzej czy później będzie oceniona i rozliczona. Co przeszkadza, by jeśli nie ukraińskie, to polskie władze oddały hołd pomordowanym? By wreszcie w Warszawie stanął pomnik ofiar? By w miejscowościach, w których doszło do kaźni, stanęły obeliski i tablice ku pamięci ofiar. I by kaci i zbrodniarze, którzy jeszcze żyją, stanęli przed sądami, a nie przed uczniami ukraińskich szkół, którym zaszczepiają swoją starą, nacjonalistyczną ideologię. I kłamliwą wersję historii.

Wydanie: 5/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy