Państwowcy

Państwowcy

Naszą narodową specjalnością jest nieszanowanie państwa, nieuznawanie go za wartość. Pewnie jest to uwarunkowane historycznie. Fakt, że żyjemy tu w jakiejś schizofrenii. Z jednej strony, jesteśmy bardzo czuli, wręcz przewrażliwieni na punkcie naszej suwerenności i widzimy jej zagrożenie nawet w Unii Europejskiej, z drugiej zaś, zupełnie nie szanujemy swojego suwerennego państwa, które jest przecież dobrem wspólnym! PiS nie uznaje państwa polskiego, o ile nie jest to państwo rządzone przez tę partię. To wiadomo. Prezydent, jeśli nie jest nim Jarosław Kaczyński, został wybrany „przez pomyłkę” i nie wyobraża majestatu Rzeczypospolitej. Jarosław Kaczyński – i tylko on – mógłby ten majestat wyobrażać. Można zatem prezydenta lżyć, nazywać „Komoruskim”. Można ignorować wszystkie państwowe uroczystości i organizować własne, alternatywne, i na nich skandować, że „tu jest Polska”. Tylko tu jest Polska, gdzie jest Jarosław, co to ma „Polskę zbawić”, gdzie indziej Polski nie ma, jest tylko jakieś „kondominium rosyjsko-niemieckie”.
Niektórzy biskupi też nie uznają państwa i jego konstytucyjnych władz, lżąc je, nazywając „oni”, w przeciwieństwie do „my”. My, prawdziwi Polacy i katolicy. „Oni” dążą do wyniszczenia narodu, do oddania go w niewolę – albo nawet już go oddali.
Nie dowierzając podświadomie, że „Jarosław Polskę zbawi”, prosi się, aby w jego zastępstwie (z jego mandatu?) uczynił to osobiście Pan Bóg, wznosząc do niego pobożne pienie „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.
Czy można szanować państwo, nie uznając jego konstytucyjnych władz? Krytykować można, nawet należy, gdy na to zasługują, ale między krytyką a nieuznawaniem jest nieprzekraczalna – zdawać by się mogło – granica.
Jeśli tak traktuje się konstytucyjne władze, to nie szanuje się nie tylko państwa, lecz także demokracji, a pośrednio narodu, który dokonał demokratycznego wyboru, głosując na te właśnie władze. Wyraża się pogardę do niego, uznając, że w swojej głupocie wybiera te władze „przez pomyłkę”. Głoszący takie poglądy są niebezpieczni i dla państwa, i dla demokracji, i dla narodu.
Dopóki tak zachowuje się polityczny margines, to pół biedy. Ale kiedy w ten sposób postępuje najsilniejsza partia opozycyjna – to już naprawdę niebezpieczne.
Okazuje się jednak, że infekcja się rozszerza. Znany kiedyś polityk, niedoszły premier, który nie tylko nie wykonuje sądowych wyroków, lecz także publicznie oświadcza, że chyba będzie musiał pracować na czarno, aby uniknąć egzekucji komorniczej, nadal – zdaje się – uważa się za państwowca.
Przewodniczący związku zawodowego, który przywłaszczył sobie historyczną nazwę, publicznie oświadcza, że celem jego związku jest obalenie rządu; wciąż jest przekonany, że to mieści się w działalności związkowej. Dodaje też, we właściwej mu chamskiej i butnej formie, że z premierem konstytucyjnego rządu rozmawiać nie będzie. On też – jak się wydaje – uważa się za państwowca, równocześnie niszcząc to państwo, lekceważąc konstytucyjne władze i obniżając ich autorytet.
To wszystko dzieje się na naszych oczach i nie wywołuje żadnej reakcji ani intelektualnych elit, ani dziennikarzy, uważających się za czwartą władzę.
Nie jestem miłośnikiem Platformy ani jej rządu. Krytykowałem je nieraz. Za nieudolność, za arogancję („Platforma nie ma z kim przegrać”), za brak reform, za konserwatyzm z pogranicza zacofania, za brak kompetencji słabego rządu i niektórych ministrów. Za brak wizji nowoczesnej Polski i brak determinacji, nawet za nieumiejętność czy brak chęci (a może jedno i drugie) rozliczenia łajdactw IV RP. Za groteskowy czasem antykomunizm. Nie jest rząd Donalda Tuska rządem moich marzeń, ale jest konstytucyjnym rządem Rzeczypospolitej, powstałym w wyniku demokratycznego wyboru narodu, i jako taki powinien być szanowany nawet przez najzagorzalszych oponentów.
Nawyk demokracji wciąż jest u nas czymś słabo zakorzenionym. Prawdopodobnie trzeba do tego lat, może jeszcze dwóch-trzech pokoleń. Wymaga to pracy tych, którzy rozumieją, czym jest demokracja, czym jest państwo. Wymaga pracy elit i tych, którzy powinni być pośrednikami między elitami a społeczeństwem, przede wszystkim zaś mediów. Nie bardzo widzę, by taka praca była podejmowana.
Zamiast jednego pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego mamy kilka społeczeństw partyjnych. Wzajemnie siebie nienawidzących, niezdolnych do żadnej dyskusji, do przynajmniej próby ustalenia, co jest dobrem wspólnym albo co stanowi choćby minimum tego wspólnego dobra.
Nie widać nawet próby zasypywania tych podziałów. Nawet na lewicy nie umiano ustalić tego minimum które jest – lub mogłoby być – wspólne i o które warto razem zabiegać. Zamiast przymiarki do ustalenia tego wspólnego minimum, mamy gorszący spór o to, kto jest, a kto nie jest prawdziwą lewicą. Przygotowywany od miesięcy Kongres Lewicy okazał się kongresem tylko „prawdziwej” w swoim mniemaniu lewicy i był niestety wielkim niewypałem, sprawiającym zawód tysiącom ludzi o nieprawicowych poglądach.
Jeszcze jest trochę czasu, choć niestety coraz mniej. Jeszcze do wyborów wiele może się zdarzyć, ale samo przecież się nie zdarzy. Tymczasem człowiek coraz częściej ma wątpliwości, „czy leci z nami pilot”.

Wydanie: 26/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy