Nowy początek lewicy

Nowy początek lewicy

Są, jak się okazuje, i dobre wiadomości. Życie szybko zweryfikowało proroctwa, które miały być słupami milowymi dla Polski pod rządami PiS. Widać, jak z hukiem rozpadają się pseudokoncepcje tworzone na zamówienie ojców IV RP. A było tego, jak przystało na czasy rewolucji moralnej, całkiem sporo. Podobnie jak mitotwórców. Zawsze zresztą, ilekroć do władzy dorywają się ludzie, którzy uważają, że mają do wypełnienia na ziemi misję specjalną, zaczynają się wyłaniać ich naśladowcy. Nie wiadomo dokładnie skąd, bo przez lata giną oni gdzieś w masie zwykłych obywateli. Pojawiają się nagle na pierwszej linii, i to w dużych ilościach. Wyglądają jak klony liderów rewolucjonistów. Podobnie myślą, podobnie wyglądają i podobnie nie przystają do rzeczywistości. Mają niezwykle silną wiarę we własne poglądy i we własną nieomylność. To przekonanie jest równie silne, jak głęboka jest pogarda, z jaką odnoszą się do nie swoich. Kłopot Polski jest dziś w tym, że jak wynika nawet z ostatnich wyborów samorządowych, na dziesięciu dorosłych Polaków dziewięciu to dla PiS ludzie obcy. Co najwyżej z trudem tolerowani. Zdumiewające jest to, jak łatwo ta przytłaczająca większość została sparaliżowana w swojej aktywności. Jak prostymi i prymitywnymi metodami, a głównie strachem i szantażem, można rządzić 38-milionowym państwem. Polska traci czas, naturalną prorozwojową energię i najbardziej wykształconych i przedsiębiorczych młodych obywateli tylko dlatego, że mitomańska ekipa sparaliżowała wolę przemian.
Na szczęście zaczynają się zmiany. Rozstajemy się właśnie z jednym z najgłupszych mitów, publicznie głoszonych przez PiS, ale też PO. Teza o końcu lewicy w Polsce nie przeżyła roku. Kruszeje mit o czekającej nas długiej erze rządów PiS. Podobnie jak mit o sile rażenia TVP, bo choć Wildsteinowi udało się zmarginalizować obecność opozycji w telewizji publicznej, to PiS niewiele pomogła nieustanna propaganda sukcesów braci Kaczyńskich na wszelkich polach.
A co z wyborów samorządowych wynika dla lewicy? Plus za mądrą decyzję o powołaniu koalicji Lewica i Demokraci. Za umiejętność tworzenia nowej jakości ze starych podmiotów i odwagę w promowaniu sporej grupy młodych. Przybyło optymizmu, który tej formacji był najbardziej potrzebny. Ale nie może zabraknąć realizmu. Poparcie dla lewicy jest ciągle niewspółmiernie małe w stosunku do możliwości. Zmieniać to można w dłuższym procesie, kładąc na stół konkretną ofertę programową. Dalekosiężną, śmiałą, wyraźnie i mądrze opozycyjną nie tyle wobec oferty PiS, bo takiej w istocie ta partia nie ma, ile wobec koncepcji PO.
Wybory rozbiły też parę mitów po lewej stronie. Choćby mit o zaletach kilku liderów wojewódzkich, którzy trudzą się tym liderowaniem od lat. A im dłużej to robią, tym członków mają mniej, a poparcie wyborcze śladowe.
Za klęskę lewicy w paru województwach i wielu miastach odpowiadają konkretne osoby. Ci, którzy upychali na listy wyborcze kandydatów nie najlepszych, ale swoich. Forsując takie listy, dowiedli, że są niereformowalni. Wyborów obywatelskich nigdy nie potrafili wygrywać. Dobrzy są tylko w gierkach o utrzymanie się na stołku. Teraz od nich płynie najwięcej utyskiwań na sens koalicji Lewica i Demokraci. I narzekanie na Olejniczaka i Napieralskiego. Napuszczanie ich na siebie.
Dla lewicy skończył się pewien etap. Dla maruderów, którzy przylepili się do lewicy, również.
Najczęstsze pytanie, jakie dostaję teraz od warszawiaków, dotyczy wyborów prezydenckich. Nie wiem, co zrobią partie polityczne, liderzy i doradcy. Wiem, co sam zrobię. Oddam głos na Hannę Gronkiewicz-Waltz, bo w stolicy władza jest tak marna, że po jej wyborze może być tylko lepiej.

Wydanie: 47/2006

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy