Reforma pod fałszywymi hasłami

Reforma pod fałszywymi hasłami

Nie takim ja szalony, aby w sprawie reformy szkolnictwa wyższego coś głosić albo i nie głosić. Poziom nauki – mówią – jest niski. A jaki ma być, gdy nie ma Żydów ani Japończyków?
W pierwszych latach pracy na uniwersytecie miałem wiele pomysłów reformatorskich. Gdy je przedstawiałem starszym kolegom, w oczach jednego było widać zastanowienie, co ja chcę sobie załatwić, w oczach drugiego – komu chcę zaszkodzić. Życzliwi uśmiechali się wyrozumiale i wysuwali moją kandydaturę na jakieś stanowiska kierownicze – nie po to, żebym reformował, lecz żebym się prędzej uczył życia. Później jako kierownik tego czy owego przekonałem się, że zwykłe przesunięcie szafy z korytarza do pokoju lub odwrotnie budzi sprzeciw solidarnego na tę okazję kolektywu.
Dyskusja o reformie toczy się pod błędnymi hasłami. Co jest wart argument, że habilitację, czyli drugi doktorat, trzeba znieść, a niektórych doktorantów zwolnić od obowiązku posiadania magisterium w tym celu, żeby przyspieszyć awanse i ułatwić karierę młodym zdolnym? Obecny system rzeczywiście wygląda tak, jak gdyby szkolnictwo wyższe służyło głównie robieniu karier, nabywaniu tytułów i wspinaniu się po szczeblach hierarchii stanowisk. Mają rację, którzy mówią, że finalnym celem państwowego szkolnictwa wyższego jest wyprodukowanie profesora zwyczajnego belwederskiego. Rządowy projekt nie chce tego zmienić, przeciwnie, na tym bazuje i zawiera jedynie przemyślenia, jak tę produkcję usprawnić i przyspieszyć. Dlaczego rząd się troszczy o kariery naukowców? Jest to przecież naturalny cel pojedynczych osób, poszczególnych karierowiczów, a jeżeli władza rządowa już się tym interesuje, to powinna zbadać, czy dążenie do kariery nie dokonuje się ze szkodą dla badań i nauczania. Według postronnych, ale uczonych obserwatorów karierowiczostwo powoduje takie szkody. Nie mówię o naukach ścisłych; w humanistyce, w naukach społecznych prace pisane dla awansu, dla wyższego stopnia są małej wartości, często żadnej. Zniesienie habilitacji pogorszyłoby sytuację, ale tym, co jest, też nie można się zadowolić, skoro ktoś może słusznie powiedzieć: nie miałem czasu na pracę naukową, ponieważ chciałem zostać doktorem habilitowanym i musiałem pisać rozprawę habilitacyjną. Na amerykańskich uniwersytetach kursuje powiedzonko: publikuj albo giń. Ono charakteryzuje stadium, które uniwersytety tak amerykańskie, jak polskie mają za sobą (ciągle mówię tylko o naukach społecznych). Dziś publikowanie książek i artykułów jest bardzo łatwe. Nastąpiła „demokratyzacja geniuszu”, ukształtowała się akademicka forma pisania, którą kto chce, może naśladować. Bardzo to sprzyja karierze i awansom. Rządowy projekt reformy płynie z tym prądem.
Drugie fałszywe hasło programu reform to „konkurencja”. Rząd chce ją popierać i wierzy, że w nauce jest ona tak samo korzystna jak w przemyśle i handlu. Naukę o konkurencji trzeba więc zacząć od zera: stan umysłu, jaki towarzyszy konkurencji, nie ma żadnego pokrewieństwa ze stanem umysłu właściwym pracy czysto badawczej. Konkurencja jest powszechnym prawem życia, konkurują ze sobą ludzie, drzewa w lesie – jedno przez drugie pnie się do słońca – konie puszczone biegiem, niepełnosprawni na wózkach przepychający się do ręki papieża lub innego uzdrowiciela i oczywiście zachodzi ona także w stosunkach między uczonymi jako ludźmi. Simone Weil, głęboka filozofka francuska (i siostra wybitnego matematyka André Veila), z jakąś bolesną przyganą pisała o wielkich uczonych, że konkurują ze sobą, co brzydko kontrastuje z ich powołaniem, a ponadto odwodzi ich od bezinteresowności w myśleniu. O co chodzi w tej konkurencji? Kto zebrał więcej oklasków za swoje osiągnięcia, kto pierwszy ogłosił odkrycie, kto jest sławniejszy na świecie itp. Jeśli się z odpowiednią precyzją wniknie w stosunki zachodzące między naturalnym nastawieniem konkurencyjnym a niezwykle rzadkim przecież nastawieniem badawczym, przekonamy się, że to pierwsze nie tylko nie wzmacnia drugiego, ale raczej je osłabia, usiłując zepchnąć na drugi plan.
Mnie do przekonania najbardziej przemówiły poglądy Ludwiga von Misesa o konkurencji. Rozróżnia on trzy jej rodzaje: biologiczną, społeczną i katalektyczną, czyli rynkową. Tylko ta ostatnia jest w sposób oczywisty dobroczynna.
Reformatorzy szkolnictwa wyższego z jednej strony chcą pobudzić konkurencję tam, gdzie ona już jest, i narzucić tam, gdzie jej być nie powinno, a z drugiej planują przywileje (uczelnie „flagowe”, doktoraty bez magisterium), które z góry wskazują wygranych.
Pobudzanie atmosfery konkurencyjności w szkołach wyższych niczego nie uzdrowi, popsuje stosunki między naukowcami i zespołami badawczymi, da dodatkowy popęd karierowiczostwu. Zastanówmy się, co się dzieje z ludźmi, gdy przez całe niemal życie piszą prace na stopień. Oczywiste, że muszą mieć mentalność uczniowską. Infantylizm jest problemem, a nie rzekomy niedostatek konkurencyjności lub nie dość szybkie robienie karier.
Trzecim nieporozumieniem jest spodziewanie się podwyższenia poziomu nauki po rozszerzeniu zastosowania języka angielskiego. Dla fizyków, genetyków, matematyków i innych przedstawicieli nauk ścisłych język „uniwersalny”, w naszych czasach angielski, jest pierwszym, powiedziałbym, językiem zawodowym. Tak już jest i reformatorzy nie mają tu żadnej misji do spełnienia. Przypisywanie językowi angielskiemu jakiejś zalety w naukach humanistycznych wynika chyba tylko z naiwnego snobizmu i prowincjonalnych kompleksów. Narzucenie humanistyce języka uniwersalnego, czy będzie nim angielski, czy inne esperanto, spowodowałoby cofnięcie jej do poziomu sprzed Renesansu, sprzed Montaigne’a. Rozwój humanistyki dokonywał się w językach narodowych i dzięki nim. Od uczonego psychologa słyszałem, że istnieją dwie psychoanalizy: głębsza i płytsza; ta pierwsza opiera się na oryginalnych niemieckich pismach Zygmunta Freuda, druga, gorsza, na ich angielskich tłumaczeniach. Weźmy tak wybitnego uczonego, świetnie piszącego w kilku językach, jak Leszek Kołakowski. Eseje, które pisał po polsku, zawierają więcej niuansów, więcej subtelności niż te pisane przez niego po angielsku. A przecież takich mistrzów słowa nie ma wśród polskich uczonych więcej niż paru. Reszta jest skazana na mniej lub bardziej uproszczoną angielszczyznę.
Dziwię się, że po doświadczeniach z wykładami w języku angielskim dla studentów na polskich uczelniach reformatorzy chcą rozszerzenia tego wątpliwego, nikomu niepotrzebnego eksperymentu.

Wydanie: 19/2008

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy