Krakowskim targiem i paradoksem

Krakowskim targiem i paradoksem

Targi książki w Krakowie, duszno od roju książek i odwiedzających, ukrop, w którym bąbelkują autorzy. Ja też. Podpisuję książkę dla dzieci, przychodzą jednak ludzie ze wszystkich warstw geologicznych mojego pisania. Znak, że z ziaren słów po latach wyrastają czasami jakieś rośliny.
Paradoks – papierowa książka ledwo zipie, a przecież ma się nieźle. Z tradycyjną książką jest trochę jak z jazdą konną. Wielu jeździ konno, rekreacyjnie, refleksyjnie i sportowo, chociaż przesiedliśmy się do samochodu. Mało kto ma jednak konia na własność. I książkę też, tę papierową.
Krakowskie targi odbywają się na progu Nowej Huty, w której nigdy nie byłem. Taksówkarz młody, ale już prawie w średnim wieku, tu mieszka i ze znajomością rzeczy pokazuje miasto. To niezwykłe w swojej skali socrealistyczne założenie urbanistyczne zostało zbudowane dla pracowników huty, tak chciano sproletaryzować inteligencki Kraków. A tu niespodzianka, w stanie wojennym robotnicy z Nowej Huty walczyli na ulicach z władzą robotniczo-chłopską. Gdy nastała demokracja, huta zdechła, a osiedle-miasto byłoby niezwykłe, gdyby je zrewitalizować.
Taksówkarz pokazuje miejsce, gdzie stał pomnik Lenina, potem słynny z zamachu bombowego w roku 1979. Prawdziwą ofiarą stał się jeden z mieszkańców, który zmarł na zawał, bo wybuch oderwał Leninowi jedynie piętę. Projektantem rzeźby był Marian Konieczny, autor wielu podobnych dzieł. Pamiętam, jak w telewizyjnym „Pegazie”, w roku 1995, przesłuchiwałem go na okoliczność jego rzeźb robionych na zamówienie Polski Ludowej. Cierpiał z powodu swego Lenina. Po 1989 r. pomnik chciano zniszczyć, ale zakupił go szwedzki milioner za 100 tys. koron (tanio). I można teraz Lenina podziwiać w jakimś szwedzkim miasteczku osobliwości. Byłem wtedy attaché kulturalnym w Sztokholmie, ale tego wydarzenia nie zaliczono do kulturalnych, więc nie brałem udziału w przesiedlaniu Lenina z Polski do Szwecji. To był dobry pomysł. Byłem i jestem przeciwnikiem niszczenia takich pomników, to znaki czasu, lepiej je gromadzić w skansenach. Niszczenie jest dowodem słabości.
Jedziemy do Krakowa, taksówkarz pokazuje rzeźbę, podobna, mówi, stoi na rynku. Wyjaśniam, że autorem jest Igor Mitoraj, polski rzeźbiarz, który zrobił karierę w świecie. Jego rzeźbę widziałem nawet na Teneryfie, w stolicy wyspy, Santa Cruz, na placu Portugalskim. Zainteresował się, zna dobrze Santa Cruz. To także znak nowego czasu. Pamiętam, jak Herbert opowiadał nam, młodym i nieznającym świata, na czym też polega kapitalizm, cytuję dowolnie: „Mój dentysta w Berlinie zarabia o wiele więcej ode mnie i jeździ sobie na Wyspy Kanaryjskie, na co mnie nie stać”. Wtedy w Polsce wydawało się to wielkim paradoksem. Dzisiaj niemal wszyscy „lekarze” mego domu – hydraulik, elektryk – zarabiają więcej ode mnie. A niania do dziecka przyjeżdża samochodem.
W restauracji na rynku – młodzi nazywają plac „płytą”, ja nazwałbym wielką i tłoczną sceną w średniowiecznych dekoracjach – spotykam się z utalentowaną literacko dziewczyną, właśnie w tej sprawie. Dziewczyna studiuje, dorabia jako kelnerka gdzieś obok. Okazuje się, że dorabia nie mniej, niż ja zarabiam, siedząc od rana do nocy przy komputerze i pobrzękując złotymi kajdanami. Zamawia sobie ekskluzywne danie, ja coca-colę, z biedy albo ze skąpstwa.
W Krakowie mieszkam w apartamencie przyjaciela, w pięknej kamienicy, którą odzyskał niedawno, jest po dziadkach. Nie zazdroszczę, przecież lubię go od dziecka. Ale to oddawanie majątków zagrabionych po wojnie, po więcej niż pół wieku, ośmielam się uważać za kiepski pomysł. W imię sprawiedliwości stworzono nową niesprawiedliwość, przy okazji opóźniono odbudowę polskich miast z ruiny PRL.
Wolność ma wiele twarzy, niektóre są nieprzyzwoite. Na rynku wpadam w rój panienek z różowymi parasolkami. Jedna przylepiła się do mnie, biorąc mnie za Anglika, nie wiem, czy to komplement. Wabi do nocnego klubu, namolna jak Cyganka. Pytam, jaki procent nagabywanych udaje się jej namówić. Oświadcza, że to dane poufne, a klub to nie jakieś fiku-miku, nie ma się czego bać, poważny nocny klub. Ja na to: a mnie interesuje tylko fiku-miku. Odczepia się, ale wpadam w nową biedę. Mijam, jak się zdaje, ową „poważną kamienicę”, okna zioną czerwienią jak ogniem piekielnym. Kilka ładnych dziewczyn siedzi na progu, inne zachęcają. Amsterdam! I pomyśleć, obok kościół Mariacki jak na dłoni. Ruja i poróbstwo na oczach świątyni. Co robi Radio Maryja, czemu PiS milczy? Ratuje mnie z opresji komórka. Dzwoni żona, mówię, w jakiej biedzie jestem, co budzi jej niepokój. A do kuszących wołam: rozmawiam właśnie z żoną! Zmywają się, jakbym pokropił je wodą święconą.
Teraz wszystko się poświęca, to może i ten dom uciech poświęcić, wtedy zniknie jak sen jaki złoty.
Czy jednak przy okazji nie zniknie też nasza demokracja z licznymi formami wolności, które gwarantuje?

Wydanie: 45/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy