Konkrety i ogólniki

Konkrety i ogólniki

Jacek Hugo-Bader jest podróżnikiem w dawnym stylu i świetnym reporterem. Rezygnuje z nowoczesnych wygód i pośpiesznych środków lokomocji, żeby lepiej przyjrzeć się ludziom i krainom. Stara się wniknąć w konkret, przebić przez stereotypy; zwłaszcza to drugie nie jest łatwe. Nie czuję się powołany do oceniania jego reportaży, ale już sama niesamowita ciekawość, która ciągnie go i pcha na przestrzenie Czwartego Świata, jakim jest syberyjska, azjatycka Rosja, wydaje się czymś cennym i poniekąd zadziwiającym.
Pod pewnymi względami Jacek Hugo-Bader może być porównywany z Ryszardem Kapuścińskim. Oczywiście, najpierw rzucą nam się w oczy różnice, a podobieństwa w trzeciej kolejności. Kapuściński miał olbrzymią wiedzę konkretną o Trzecim Świecie i bardzo uproszczone idee ogólne, na granicy naiwności. Nie wiadomo dlaczego uchodził za głębokiego intelektualistę. Chyba dlatego, że przyjmował poglądy ideologiczne, jakie w danym czasie panowały w kręgach opiniotwórczych.

Hugo-Bader swoją wiedzę konkretną rozcieńcza ogólnikowymi opiniami o Rosji i Rosjanach. Te niepochlebne opinie były głoszone już przez Hercena, a późniejsi inteligenci będą je powtarzać jako prawdy oczywiste. Nie trzeba może dodawać, że Polacy doprowadzali je do skrajności i z lubością rozgłaszali pogląd, że Rosjanie mają niewolniczą naturę i nie są zdolni do buntu. Jacek Hugo-Bader mówi („Przegląd” sprzed tygodnia): „To cholernie charakterystyczne dla Rosjan – oni się nie buntują. Bolszewizm wyhodował nowy rodzaj człowieka, człowieka nieskłonnego do buntu…”. Jeżeli tę opinię odnieść do okresu ustabilizowanej władzy bolszewickiej, to można się pod nią podpisać. Trudno jednak lekceważąco potraktować fakt, że bolszewizm, zanim stał się władzą, był największym, najpowszechniejszym buntem, o jakim w Europie słyszano. Bolszewicy u władzy nie pozwolili nikomu się buntować w rzeczywistości, ale do końca swojego panowania głosili apologię rewolucji, z której się wyłoniło ich państwo, i chwalili wszystkie bunty chłopskie, a nawet szlacheckie, które tę wielką rewolucję poprzedzały, a których w Rosji było więcej (i większe) niż na przykład w Polsce. Nie mylmy powstań wywołanych przez mniejszość szlachty przeciw obecnym rządom z masowym buntem. Cytowałem Jerzego Giedroycia narzekającego, że w Polsce nigdy nie było rewolucji. Rozmawiałem kiedyś na te tematy z profesorem Mieszkauskasem z Uniwersytetu Wileńskiego. Na moje typowo polskie poglądy był zmuszony przypomnieć wiadomości z podręcznika szkolnego. W Rosji co wiek to bunt masowy: w wieku XVII powstanie chłopsko-kozackie Stienki Razina, w wieku następnym na jeszcze większą skalę, obejmujące olbrzymie obszary powstanie Pugaczowa, w wieku XIX na początku dekabryści, pod koniec terroryści (i sędziowie, którzy ich najchętniej uniewinniali). W latach 1905–1907 nieudana próba generalna rewolucji, a dziesięć lat później dramat z gatunku horroru, bez nadziei, że się kiedykolwiek skończy, choćby nawet źle. I gdy Rosjanie wreszcie odetchnęli i zaczęli cieszyć się, że żyją, reporter z bliskiej zagranicy zaobserwował, że się nie buntują. Trzeba było zaczekać parę dni, a przekonałby się, że przeciwnie, znowu chcą się buntować, chociaż tym razem ma to być bunt samoograniczający się. Bloger Nawalny wołał na prospekcie Sacharowa, że gdyby chciał, to by ten stutysięczny tłum poprowadził na gmachy rządowe. Obiecał, że następnym razem sprowadzi milion i może będzie chciał.

Korespondenci donoszą z Moskwy, że tam śmieją się z rządu. To również ma coś wspólnego z buntem. Z rządu, który nie jest przerażający, Rosjanie z reguły się śmieją.
Podczas gdy cudzoziemcy twierdzili, że Rosjanie mają zadziwiającą cechę niebuntowania się, władza w tym kraju miała wprost przeciwne na ten temat zdanie. Carowie dziewiętnastowieczni mieli przed oczami widmo pugaczowszczyzny. Można powiedzieć, że ich władza była antycypowaną kontrrewolucją. Mówiąc rozwlekle: działali tak, jakby rewolucja już była faktem, i należało ją zwalczać. Wystarczyło parę lat braku czujności i widmo stało się rzeczywistością.

Wieża radości

Książkę Marii Berny „Wieża radości” można czytać na kilka sposobów. Są to wspomnienia, z natury rzeczy na pierwszy plan wysuwa się osoba autorki. Maria Berny była senatorem przez dwie kadencje, nie można więc powiedzieć, że jest osobą w Polsce nieznaną. W książce opisuje czasy, gdy była animatorką kultury we Wrocławiu, sięgającą swoimi inicjatywami innych ośrodków Dolnego Śląska. Ma w tej części kraju dużo przyjaciół i masę osób nią zaciekawionych. Wielu pamięta tę szykowną – gdy było trzeba – i elokwentną panią, znakomicie spełniającą się w swojej roli. Czytelnik może nie będzie zadowolony z tego, że pominęła najtrudniejszy, najbardziej dramatyczny okres swojego życia, to znaczy czasy wojenne, gdy wraz z rodzicami uratowała się z rzezi wołyńskiej i innych niebezpieczeństw, także powojennych. Drugi sposób odczytania tych wspomnień może się skupić na sprawach kultury, zarówno popularnej, jak wysokiej. Oczywiście rzuci nam się w oczy przede wszystkim różnica między tym, czym była kultura w Polsce Ludowej, a co jest obecnie nazywane kulturą. Wykroczę tu poza książkę i dodam od siebie: w ciągu dwudziestu lat III RP nie zdarzyło mi się słyszeć bezpośrednio ani pośrednio człowieka z Zachodu, który wykazałby żywsze zainteresowanie typem kultury przeważającej dziś w Polsce. Widzi to, co widać wszędzie na świecie, i jeżeli to jest tytuł do chwały, to chwalmy się. Natomiast w PRL-u kulturalny Amerykanin bywał szalenie zdziwiony tym, że państwo wkłada tyle starań w celu upowszechnienia kultury klasycznej, którą mój znajomy Amerykanin nazywał „arystokratyczną”, co znaczyło: szanującą normy i przestrzegającą tradycyjnych tabu.
Maria Berny przypomina wielu artystów kiedyś znanych, a dziś zasługujących na to, żeby o nich pomyśleć z sentymentem. Autorka znakomicie włada piórem i z rozdziału na rozdział staje się coraz lepszą memuarystką. Słyszałem w księgarni, że książka dobrze się rozchodzi, bo już jej nie było.
Wszyscy, którzy jesteście przekonani, że mieliście ciekawe życie i dokonaliście dużo pożytecznych rzeczy, bierzcie przykład z Marii Berny. I obyście mieli tyle talentu co ona.

Wydanie: 3/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy