Rydzyków jest wielu

Rydzyków jest wielu

Kipiąca od emocji dyskusja wokół filmu „Imperium o. Rydzyka” to dobry materiał wyjściowy do znacznie ciekawszego poznawczo studium. Tylko kto zrobi cykl o zakłamaniu i kulisach bezprawia w III RP? Dokumentacja już jest, i to bardzo obszerna. Po 1989 r. w wielu gazetach i tygodnikach opublikowano setki artykułów o aferach. I co? Nic, poza chwilową sensacją. Jakże więc irytujące i nieszczere są te wszystkie egzaltowane reakcje na film o o. Rydzyku. Jakby rzeczywiście spadł grom z jasnego nieba. Jakby stało się coś na miarę odkrycia Ameryki. A przecież sprawa jest powszechnie znana i opisana. Wystarczy się pofatygować do archiwum tygodnika „NIE”, z którego żywcem przepisuje się całe fragmenty. Udając oczywiście, że takiego tygodnika nie ma.
A jeśli jest coś naprawdę nowego wokół tej sprawy, to pewna zagadka. Dlaczego całkiem niedawno podobny film, o gigantycznej aferze FOZZ z wątkami dotyczącymi braci Kaczyńskich, spotkał się z prawie powszechnym potępieniem, a dziś poza ultraprawicą większość chwali telewizję publiczną za zajęcie się Radiem Maryja. Dwa filmy, dwa ważne tematy, tylko reakcje całkiem różne.
Czy stosując na dłuższą metę tak wybiórcze metody negliżowania spraw aferalnych, nie popadniemy definitywnie w zbiorową schizofrenię? O wielu sprawach, które tyczą wydawania publicznych pieniędzy, mówimy półgębkiem. Przyczyna takiej wstrzemięźliwości świata polityki i mediów jest dość prozaiczna. Niewielu ma bowiem całkowicie czyste konto. W czasach recesji, ale i wcześniej, pokusa, by sięgnąć do pieniędzy z budżetu państwa, była dość częsta. I choć nie oznacza to oczywiście, że zawsze był to jakiś przekręt, to po pieniądze podatników sięga się łatwiej niż po jakiekolwiek inne. Przykładów na to jest bez liku. By daleko nie szukać, choćby sprawa Telewizji Familijnej. Kto odpowie za setki milionów złotych utopionych w tym przedsięwzięciu przez firmy państwowe, przy udziale prawicowych polityków i reprezentantów Kościoła?
Niby się o tym i pisze, i mówi. A winnych i ukaranych nie ma i pewno nie będzie. Ta sama gazeta, która ostatnio wróciła do sprawy o. Rydzyka, czyli „Rzeczpospolita”, ma – delikatnie mówiąc – skomplikowane relacje z urzędami skarbowymi i udziałowcami.
Choroba toczy nasze życie publiczne znacznie głębiej, niż to publicznie pokazujemy. Co pewnie nie ma nadzwyczajnego znaczenia, bo i tak wszyscy o tym wiedzą.

Wydanie: 48/2002

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy