Kalendarz

Przy końcu roku, zwłaszcza zaś tak dziwacznego jak 1999 r., warto pomyśleć o kalendarzach. Kalendarz w sensie symbolicznym jest wynalazkiem dość ponurym. Jest to wynalazek nie mniej ponury niż klepsydra, która odmierza chwile, które już nigdy nie wrócą, i która z tej racji stała się też synonimem żałobnego ogłoszenia. Z tego samego powodu żargonowy zwrot „uderzyć w kalendarz” oznacza po prostu koniec tej zabawy.

Co do mnie, staram się więc nie przywiązywać zbytniej wagi do kalendarza rozumianego w sposób nadmiernie symboliczny, a tym bardziej nie wyciągać z niego zbyt daleko idących wniosków. Niestety, jednak takie właśnie, często pochopne wnioski, wyciąga się u nas tego roku dość nagminnie.

Pierwszym z nich jest, oczywiście, przekonanie, że ponieważ żyjemy w roku 1999, to właśnie za kilka dni kończy się wiek XX, a nawet drugie tysiąclecie. Tegoroczny sylwester uważa się za szczególnie ważny, a światowe sieci telewizyjne wymyśliły ponoć na ten dzień jakiś niezwykły, wspólny, 24-godzinny, międzynarodowy program, w którym Polska uzyskała dla siebie aż całych 7 minut. Otóż pogląd o niezwykłości obecnego zakończenia roku najwyraźniej lansują ludzie, którzy nie rozumieją, że liczba 10 należy do pierwszej dziesiątki, a dopiero 11 otwiera następną. Tak więc w roku 2000 będziemy ciągle jeszcze w XX wieku, a dopiero w 2001 wejdziemy – komu się uda, oczywiście – w wiek XXI i w trzecie tysiąclecie. Jedyne, co naprawdę stanie się od 1 stycznia roku 2000, będzie tylko to, że przez całe następne tysiąclecie nigdy już nie zdarzy się data, w której wszystkie cyfry byłyby nieparzyste i dopiero 1 stycznia 3000 r. wybawi ludzkość – jeśli będzie jeszcze wówczas istniało coś takiego – z tej sytuacji.

Drugim, tym razem bardziej zawiłym, lecz równie pochopnym, wnioskiem wyciąganym z zakończenia roku 1999 jest twierdzenie, że oto obchodzimy równe 2000 lat chrześcijaństwa, mierzonego od narodzin Jezusa. Otóż poglądy naukowców w tej sprawie są bardziej sceptyczne. Według nich bowiem, historyczny Jezus urodził się o trzy, a być może nawet o siedem lat przed pierwszym rokiem kalendarza gregoriańskiego, a gdyby nawet tak nie było, nadal pozostaje pytanie, według jakiego właściwie kalendarza mierzona była ta data? Egipskiego, który był kalendarzem księżycowym, rzymskiego, który miał dziesięć miesięcy, i który w roku 46 p.n.e. został zastąpiony przez kalendarz juliański, zastąpiony z kolei w 1582 r. przez obecny kalendarz gregoriański, czy też wreszcie według kalendarza żydowskiego. w którym mamy obecnie rok 5760 od stworzenia świata i gdzie co 19 lat dodaje się aż siedem miesięcy?

Wydaje mi się niemal pewne, że w tym zamieszaniu wszystko mogło się już wielokrotnie pomylić i data roku 1 jako roku narodzin Jezusa jest równie niepewna, jak i wszystko inne na tym świecie.

Dlatego też zostawiając astronomom dalszy ciąg tych rozważań, proponuję także spojrzeć na kalendarz od strony pogodniejszej, a mianowicie jako na wiszący na ścianie przedmiot, z którym obcować będziemy przez cały następny rok. Specjaliści zapewniają, że w tym roku mamy do czynienia z wyjątkową obfitością tych kalendarzy, ponieważ każda spółka chce mieć swój kalendarz z datą 2000, a firma Vidical zamierza je nawet wszystkie pokazać w muzeum w Wilanowie. .

Dlaczego jednak owe wiszące na ścianie kalendarze wydają mi się ważne?

Otóż dlatego, że są to, a przynajmniej mogą być, jedyne obiekty artystyczne, na które patrzeć będziemy przez cały rok. Żyjemy w dość paskudnym otoczeniu, nie każdy ma za oknem szumiące morze, ścianę lasu albo rozległy, łagodny krajobraz, nie u każdego też w domu wisi na ścianie obraz Gierymskiego, Cybisa czy świetnego, współczesnego pejzażysty – Gnatowskiego. Dlatego też właśnie kalendarz może być tym obiektem, który przez 12 miesięcy wpływać będzie na nasze wrażenia estetyczne.

Wiem, oczywiście, że rynek nasz pełen jest kalendarzowej ohydy. Wiem też, że dla sporej liczby odbiorców kalendarzy widokiem, którym od świtu lubią paść swój wzrok, są bądź to rozkoszne, fotograficzne pocztówki z kotkami, pieskami, w najlepszym zaś razie końmi, bądź też z jeszcze rozkoszniejszvmi panienkami w stylu „Playboya”, których na razie nasz bogobojny parlament nie uznał jeszcze za pornografię, choć jest to tylko kwestia czasu. Na świecie powstaje jednak coraz więcej kalendarzy, które pozornie wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom, podnosząc je jednak do rangi prawdziwej sztuki.

Na czele tych poszukiwań stoi niewątpliwie włoska firma Pirelli produkująca opony samochodowe. Pirelii drukuje około 100 tysięcy swoich kalendarzy na cały świat, przez co stają się one kolekcjonerską rzadkością, ideą zaś przyświecającą kalendarzom Pirellego jest to, że ich autorem jest co roku inny fotograf, należący do najwyższej światowej elity. W roku 1999 był nim Herb Ritts, w roku 2000 jest Annie Leibovitz.

I oto owych dwanaście zdjęć, składających się na kalendarz Pirellego, staje się co roku autorską, wyszukaną opowieścią o kobietach – bowiem przewrotność Pirellego polega właśnie na tym, że są to, owszem, kalendarze z kobietami. Rittsa w roku 1999 fascynowała ich kameleonowa zmienność, są to przemyślane pastisze głównych stylów XX wieku, od uroków „la belle epoque”, lat 20., poprzez styl Rity Hayworth aż po niewyobrażalnie piękną, nieomal abstrakcyjną w swojej doskonałości, czarną „kobietę przyszłości”.

Annie Leibovitz snuć będzie w roku 2000 opowieść inną. Jej fotografie nie są apoteozą kobiet, lecz ich analizą, przenikliwą, momentami nawet okrutną, na jaką pozwolić sobie może tylko kobieta wobec innej kobiety. Jej obrazy obywają się bez retuszu, artystka używając jako modelek pięciu tancerek z Marc Morris Dance Group z Nowego Jorku, patrzy na nie jak na niezwykłe mechanizmy do wytwarzania dynamiki i harmonii ruchu. Nie ma zresztą sensu, abym je tu opisywał,  fotogramy do kalendarza Lebovitz wystawia właśnie warszawskie Muzeum Narodowe, można je tam obejrzeć.

Natomiast kalendarze Pirellego – a coraz więcej innych firm próbuje się z nimi ścigać – wydają mi się zdarzeniem ważnym kulturalnie. Po pierwsze dlatego, że pokazują nam praktycznie, jak wielkie firmy mogą stać się naprawdę mecenasami sztuki. U nas mówi się o tym bądź to jako o marzeniu, bądź też jako o metodach i sztuczkach pozwalających wyciągnąć od potentatów przemysłowych jakieś pieniądze. Pirelli pokazuje zaś, że może być również inaczej i wielka firma, jeśli tylko jest wystarczająco inteligentna, może być inicjatorem przedsięwzięć artystycznych, wprowadzających w życie praktyczne element sztuki. A przecież właśnie na owym zroście funkcji praktycznej, utylitarnej, z wartościami estetycznymi polega istota nowoczesności.

Po drugie zaś, Pirelli wierzy, że to, co wisi u nas na ścianie lub w biurze i na co codziennie rzucamy okiem, nie jest wcale obojętne.

Mój nieżyjący już przyjaciel grafik, Lech Zahorski, twierdził, że dzieci, które mieszkają na Starym Mieście, będą z pewnością miały lepszy gust, a więc będą w jakimś sensie bogatsze jako ludzie, od swoich rówieśników mieszkających na Stegnach czy Chomiczówce po prostu dlatego, że codziennie po przebudzeniu się patrzą na coś ładnego, o dobrych proporcjach i przemyślanej formie. Dotyczy to, oczywiście, nie tylko dzieci, ale nas wszystkich.

Niewykluczone, że podobnie jest także z kalendarzami. Warto o tym pomyśleć, zanim „uderzymy w kalendarz”.

KTT

 

 

 

 

 

 

 

Wydanie: 1999 2/1999

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy