Koniec defilady

Koniec defilady

I znowu przypadkiem – czy może być tak wiele przypadków? – zaskoczony minąłbym drogę na podwarszawski cmentarzyk żołnierzy września, gdzie „mieszka” mój dziadek. Wychodzę z wozu i spaceruję wśród białych krzyży ze świeżymi biało-czerwonymi kokardkami. Naszło mnie, by gadać ze zmarłym.
Masz na zawsze 40 lat, ja – twój wnuk – jestem od ciebie starszy o lat ponad 20. Twoja córka miała 15 lat, gdy żegnałeś rodzinę na peronie Dworca Gdańskiego, pilnując załadunku swojego oddziału. „Mnie kule się nie imają”, pocieszałeś płaczącą żonę. Płakała jeszcze bardziej, pamiętała, że byłeś przecież kilka razy ranny na polach I wojny i wojny roku 1920. Za to dali ci kilka krzyży i Virtuti. Muszę już jechać, by nakarmić twoją córkę, ma teraz lat 90, jest coraz mniejsza i lżejsza.
Na defiladzie z dziećmi ja, kiedyś pacyfista, przez obecne okoliczności zmuszony do rezygnacji z pokojowego myślenia. Gorzej, że jakoś imponuje mi armia i nowoczesny sprzęt wojskowy, muszę tylko zapomnieć, że może być wymierzony również we mnie i w moje dzieci.
Defilada jako prężenie muskułów. Trochę to przypomina kulturystę, który popisuje się tym, co ma, nawet jeśli ta siła w środku pusta. Defilada tyleż bywa pokazem siły, co maskowaniem słabości. I jakie ma to teraz znaczenie, jak żołnierze maszerują, ważne, ile ma się pieniędzy na nowy sprzęt, jak rozwinięty technicznie jest kraj i jakie ma tradycje w kolektywnej pracy.
Moje dzieci nie mają militarnych zabawek i nie ciągnie ich do nich. Ja często bawiłem się w wojnę, genialna była scenografia, wokół ruiny i pachniało śmiercią.
Moje rodzinne okolice, róg Gagarina i Belwederskiej, tam defilada przechodzi już na „spocznij”. Kiedy jechały leopardy i wszystko się trzęsło, też widzowie z wrażenia, Antoś zaczął grymasić, że mu się nudzi. Jakaś pani powiedziała: „Nie bój się, chłopczyku, to zaraz się skończy”. Popatrzył jak na szaloną. „Od tego hałasu boli mnie głowa”, wyjaśnił. Uznał potem, że tylko przelot samolotów był mniej więcej OK. Ten przelot zrobił na mnie wielkie wrażenie. Srebrne drapieżne ptaki, widziane przez szczyty drzew parku Łazienkowskiego.
Jest decyzja, że mamy dozbroić naszą armię, przeznaczając na to wielkie pieniądze. A przecież mogłyby pójść na naukę, zwiększenie innowacyjności firm – to nasza pięta achillesowa. Nie będziemy mieć silnej armii, jeśli nie dokonamy kolejnego skoku cywilizacyjnego.
Gdy się trochę pożyje, dużo się kojarzy. Dziwny biurowiec, na tarasie którego staliśmy, oglądając defiladę, to przykład architektury brutalistycznej z lat 70. Zdobył wtedy tytuł Mistera Warszawy. Na parterze była kiedyś duża księgarnia. Spotkałem w niej Zbigniewa Herberta, mieszkał niedaleko, na ulicy Promenada. Początek stanu wojennego. Wysoki śnieg, groza w powietrzu. Wydarzenia wyrzuciły mnie z domu, nie wiedziałem jeszcze, że aż na rok.
Nie przypadkiem zaszedłem do tej księgarni, była wyspą cudem ocaloną ze świata, który został roztrzaskany. Herbert też krążył wśród książek, szukając w nich pociechy. Byliśmy speszeni spotkaniem, jak przyłapani na czymś intymnym. Usiedliśmy w holu. Mówił, że ma propozycję, by się schronić w jakimś klasztorze, i zastanawia się, czy z niej nie skorzystać. Więcej nie pamiętam.
W pobliżu kamienica na ulicy Gagarina, kiedyś Spacerowej, gdzie mieszkała pisarka Zofia Nałkowska. Miała w czasie okupacji na parterze sklepik z wyrobami tytoniowymi. Całe życie pisała dzienniki.
W pierwszych dniach września roku 1939 szykowano się w Warszawie na atak gazowy, myślano, że to będzie powtórka z I wojny światowej. Ale niebo już mówiło, że będzie zupełnie inaczej. Nałkowska notuje: „Ostatni nalot już bardzo wyraźny: huk i łoskoty przenikają dom, z okna widać je niby powolne ptaki, szybujące na wielkich wysokościach. (…) Huki dalekie – trochę podobne do burzy, później jeszcze z okien jasne okręgi samolotów na niebie nad Łazienkami. Jeszcze nie ma wielkich klęsk, jeszcze wszystko przed nami”, pisze proroczo, niestety… Naiw­na radość, że Francja i Anglia przystępują do wojny. Mam ochotę zawołać: „Niech pani wyjrzy przez okno, na mój czas”.
Ujrzałaby zdumiewające pojazdy wojskowe, stygnące po biegu. I jak kanadyjscy i amerykańscy żołnierze wchodzą do sklepu, kupując coca-colę, zaczepiani przez ludzi, którzy mówią: „Dobrze, że jesteście z nami”.
Jak ostrzeżenie brzmią słowa Nałkowskiej z 17 września, gdy Armia Czerwona przekraczała wschodnie granice: „Cały przezwyciężony koszmar historii odżywa”. Mamy teraz tylko daleki tego przedsmak. Wiele pisze w złości i rozpaczy, jak okłamywano społeczeństwo, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. I ta ucieczka władzy za granicę. Okłamani, zdradzeni i upokorzeni – tak czuli się wtedy ludzie.
Wracamy do samochodu, mijam szkołę – tam chodziłem do podstawówki i liceum. Moja katorga. Potężna główna brama niezmieniona, tylko cała w graffiti. Na jej widok ogrania mnie jakaś trwoga, nie tylko dlatego, że zaraz mam kartkówkę z matematyki, też wobec ogromu czasu, jaki minął.

Wydanie: 35/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy