O co chodzi nowoczesnym?

O co chodzi nowoczesnym?

Mój młody przyjaciel był obecny na kongresie założycielskim partii Ryszarda Petru; ponadspodziewanie liczni uczestnicy podobali mu się pod względem fizycznym, mentalnym i ubraniowym, a ich entuzjazm dla nowej partii udzielił mu się w wysokim stopniu. Partia ma być liberalna, a jej program skupiony głównie na gospodarce, jak już powszechnie wiadomo. W heroicznym okresie liberalizmu, jakieś półtora wieku temu, nazwy liberał i ekonomista znaczyły mniej więcej to samo. W moim umyśle łączą się one nadal, bo za najważniejszą ze wszystkich wolności uważam wolność gospodarczą, a ściślej mówiąc, wolność pracy, liberté de travail, które to określenie na pewien czas wyparło laissez-faire, czyli nieprzyjemny leseferyzm, który dziś z kolei występuje pod nazwą darwinizmu społecznego. Jestem zwolennikiem liberalizmu w znaczeniu wolności pracy, czyli wolności gospodarowania, produkowania rzeczy użytecznych i puszczania ich w obieg między ludzi. Oczywiście, że do tego żywiołu produkowania i handlowania zawsze usiłowano wprowadzać trochę sprawiedliwości, co z czasem nazwano socjalizmem, a dziś, przy istniejących szatańsko skutecznych środkach przerabiania górnych warstw kuli ziemskiej w towary i śmieci, niezbędne są surowe zakazy utrzymujące wolność gospodarczą w rozsądnych granicach. Homo faber (człowiek produkujący) zdobywa niebezpieczną przewagę nad człowiekiem oszczędnym (po łacinie homo oeconomicus). Inspiratorem nowej partii – mówi się – miał być podobno Leszek Balcerowicz, ale tak jak partia PiS woli czasem ukrywać istnienie Jarosława Kaczyńskiego, tak Ryszard Petru postąpił na kongresie z Balcerowiczem.

Leszek Balcerowicz rozwinął się w niezbyt pożądanym kierunku. Czy jest on jeszcze liberałem? Mówią, że nawet dogmatycznym. Dogmatyczny liberalizm jest pryncypialnie pacyfistyczny, a Balcerowicz występuje ostatnio w roli jastrzębia polityki wschodniej, radzi uzbroić Ukrainę i przygotowywać się do wojny. Dogmatem liberalizmu gospodarczego jest pryncypium wolności handlu. Wojowniczy Balcerowicz z powodu niedotyczącej nas czarnomorskiej awantury o to, czyj ma być Krym – ruski czy ukraiński, Putinowski czy Banderowski – zawiesza na kołku zasadę wolnego handlu i wzywa do stosowania sankcji, embarga i co tam jeszcze można użyć w gospodarczej fazie wojny. Nie wiem, jaką treścią był przeniknięty entuzjazm na Torwarze, może Leszka Balcerowicza nie należało trzymać w cieniu, lecz przeciwnie, uczynić głównym mówcą. Mówią, że programowi Ryszarda Petru brakuje treści emocjonalnych, wojowniczy Balcerowicz mógł był je wnieść. Ale czy o takie emocje może chodzić liberałom?

Gdyby udało się powołać partię skupiającą uwagę przede wszystkim na gospodarce, uważałbym to za wydarzenie doniosłe. To bardzo ważne, jakie tematy wprowadza się do tzw. debaty publicznej. W wymiarze społecznym to, co się mówi, wpływa na to, co się myśli, a co się myśli, powoduje to, co się robi. W takiej kolejności. Przez dziesięciolecia inicjatywę pod tym względem miała partia PiS, a bratnia (bracia potrafią bardzo się nienawidzić) Platforma Obywatelska chętnie lub niechętnie podejmowała narzucone jej problemy (temat smoleński najbardziej jaskrawy, ale nie jedyny).

Nie warto powoływać nowej partii tylko po to, żeby wprowadzać „liniowy VAT”, zderegulować to czy owo, wprowadzić więcej elastyczności do Kodeksu pracy, czy żeby zmieniać system opieki społecznej „z takiego, co daje becikowe, na taki, co daje pracę”. Partia NowoczesnaPL nie pogardziła nawet takimi nic już nieznaczącymi banałami jak obrona wolności gospodarczej przed biurokracją. Wszystko to są postulaty głoszone przez inne partie i realizowane lub nie zależnie od okoliczności i układu sił. Nie chcę pomniejszyć znaczenia tych i podobnych dezyderatów, twierdzę jedynie, że z banałów nie da się stworzyć programu partii, która dopiero stara się urodzić. W polityce socjalnej – mówią NowocześniPL – trzeba biednym dawać wędkę, a nie rybę. Po tylu latach dawania wędki nic to już nie znaczy. Wędką nikt się jeszcze nie najadł.

Ta inicjatywa partyjna bardziej mnie obchodzi, niż byłbym się z góry spodziewał. Odezwały się we mnie emocje z czasów PRL, gdy – jako pierwszy – publikowałem teksty Friedricha A. Hayeka, Ludwiga von Misesa i innych takich (w antologii „Myśl społeczna XX wieku”, dodatek do miesięcznika „Zdanie”) i gdy Stefan Kisielewski pisał, że nie wie, czy on jest mną, czy ja jestem nim.

Obawiam się fiaska NowoczesnychPL, bo przeciwników mają biernych i czynnych. Liczą na „elektorat wolnorynkowy”, a przeciw sobie mają elektorat „narodowy”. Dupol PiS i PO opiera się nie tylko na elektoracie żywym, ale przysposobił sobie również martwy: „żołnierzy wyklętych”, powstańców warszawskich i w ogóle wszystkich powstańców, a także tych, co poumierali na emigracji i na Sybirze. Duopol ten narzucił Polakom narodową religię wrogości i klęsk, której ogłosił się kościołem tak dalece świętym, że słowa prawdy o nim trzeba ostrożnie dozować. Nic tu nie zmieni młode pokolenie, bo ono też chce należeć do tego kościoła, i będzie jeszcze bardziej dewocyjne. Dużo na ten temat można powiedzieć. Mówi się, że „należy odrobić wielowiekowe zaniedbanie”, a trzeba powiedzieć, że właśnie teraz, mimo sprzyjających warunków, dochodzi do niepojętych zaniedbań i Polska w ciągu 20 lat nie wzniosła się ani o jeden szczebel w hierarchii cywilizacyjnej i gospodarczej narodów; jak była, tak jest jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Jeżeli Nowoczes­naPL chce być nową jakością w polskiej polityce, musi być też ruchem kulturalnym – odkrywającym inną tradycję, zepchniętą w niepamięć przez panujących „heroistów”. Musiałaby się odważyć dokonać przewrotu w dziedzinie wartości, bo ta hierarchia wartości, która panuje, jest fałszywa.

Wydanie: 24/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy