Laurka laurowa

Każdy przylot do Pekinu zaskakuje. Nawet po miesiącach paru widzimy nowe miasto. Gwałtownie modernizujące się. Oprócz uznanych obiektów zabytkowo-turystycznych coraz trudniej znaleźć w tym mrowiskowym mieście stare domy. Tradycyjne hutongi giną pod buldożerami. Na ich miejscu budowane są apartamentowce. Pozostałe są przerabiane na skanseny turystyczne. Przejażdżka dwuosobową, wygodną rykszą. Z serwowaną ciepłą herbatką albo buteleczką mocnej wódeczki, jeśli zimno się robi. Z przewodnikiem, mieszkańcami niekrępującymi się wizytami „długich nosów”. Trasą co rusz zahaczającą o sklepiki z pamiątkami.
Bum budowlany w Pekinie jest tak wielki, że burzone są bloki z lat 50., te charakterystyczne dla radzieckich miast. Do igrzysk parę lat zostało, ale jeśli tempo budownictwa się utrzyma, goście zobaczą, przynajmniej od frontu, całkiem nowe, kilkunastomilionowe miasto.
Na rozstawionych wszędzie ekranach telewizorów królują igrzyska i Deng Xiaoping. Na kanałach państwowych i skomercjalizowanych. Każdy zdobyty medal to nie tylko uroczysta dekoracja. Fetowana przez licznie obecnych w Atenach Chińczyków. To transmisje najdramatyczniejszych momentów walki. Dowody, że można wygrać z początkowo przegranej pozycji. Wolą, kondycją i nienaganną organizacją. W przerwach między dekoracjami obejrzeć można krótki życiorys wybitnego polityka. Zmontowany jak młodzieżowy teledysk. Od chłopca, studenta, który z Syczuanu pojechał do Paryża, skąd przywiózł zamiłowanie do brydża i komunizmu. Uważał, że komunizm zmodernizuje Chiny rozbite na prowincje podporządkowane przez walczących ze sobą generałów. Potem upokorzone japońską okupacją. Japonia, w potocznej opinii, uważana była i nadal jest za kraj barbarzyński, który wszystko, co najcenniejsze, zaczerpnął z chińskiej kultury.
Deng zmodernizował Chiny, przesuwając je na tory „socjalistycznej gospodarki rynkowej”, czyli państwowego kapitalizmu. Najszybciej udało się to na południu, gdzie naprzeciwko bankowo-handlowego Hongkongu powstał równie efektowny Shenzhen, a obok rozrywkowego Makau uroczy Zhuhai. Tam w każdej firmie wisi portret Denga dobrodzieja. Dzisiaj dziedzictwem Denga są supernowoczesne autostrady, lotniska, gigantyczne bryły drapaczy chmur obecne w każdym prowincjonalnym mieście. No i olimpijskie medale.
Bez Denga i jego reform nie byłoby chińskiego otwarcia na świat. Zmodernizowanej organizacji pracy. Pogoni za nowinkami techniki. Nie byłoby też czegoś ważniejszego. Dumy chińskiej. Poczucia wartości, wielkości. Nowe autostrady, strumienie samochodów, kosmonauta, teraz druga medalowa pozycja. Jeszcze druga. Bo Ameryki na tych igrzyskach jeszcze nie przeskoczymy, kiwają głowami, wyrozumiale śledząc wszechobecne, stale aktualizowane tablice z medalowymi słupkami. Ale Japonia, Rosja już daleko są w tyle. A gdyby tak doliczyć jeszcze startujące pod własnymi flagami Hongkong i Tajwan?
Fetowany z okazji setnej rocznicy urodzin, zmarły siedem lat temu Deng jest krytykowany na Zachodzie za surową rozprawę ze studentami manifestującymi na placu Tiananmen. 15 lat temu. Dzisiaj liderzy protestu żyją na emigracji lub pozostali w podengowskich Chinach. Zajmują się głównie biznesem.

Wydanie: 36/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy