Parytety – tak, ale…

Parytety – tak, ale…

Czy kobiety w Polsce są uciskaną mniejszością, jak ogłosiły uczestniczki Kongresu Kobiet, albo może uciskaną większością, jak sądzi Katarzyna Piekarska? A jeśli tak, to czy dobrym lekarstwem na ten ucisk jest wprowadzenie parytetów, czyli gwarantowanych 50% miejsc dla kobiet na listach wyborczych i w gremiach decyzyjnych? Środowiska lewicowe i feministyczne widzą w parytecie i cudowne, ozdrowieńcze lekarstwo, i bardzo nośne hasło na sztandary. Tyle że przeciwko parytetom wypowiedziała się również duża grupa kobiet o silnej pozycji zawodowej i poglądach prawicowych. Dostało się im za to od łamistrajków i „volkslist”, bo w takim stylu do debaty włączył się młody człowiek płci jak najbardziej męskiej. Lepiej więc posłuchać, co o tym pomyśle, w Europie ćwiczonym już m.in. w Belgii, Danii, Grecji i Niemczech, myślą same kobiety. Bo albo uznajemy, że ze względu na płeć są one dyskryminowane zawodowo i politycznie, albo dzielimy kobiety na bliskie nam ideowo, które są niesłusznie dyskryminowane, i na tę resztę, która ma to, na co zasługuje.
Niestety, w tej debacie najwięcej jest hipokryzji. A szkoda, bo problem jest. I to bardzo poważny. Nikt więc nie może mieć monopolu na reprezentowanie poglądów kobiet, a więc i na walkę o ich prawa, bo mówimy tu przecież nie o jakiejś jednolitej grupie, ale o środowiskach niezwykle zróżnicowanych i często bardzo podzielonych z racji wykształcenia, doświadczenia czy poglądów politycznych i religijnych.
Na szczęście nie ma w Polsce proroka, któremu większość kobiet mogłaby uwierzyć. Proroka nie ma, choć kandydatów do tej roli paru jest. Są jak niepotrzebny balast. W niczym nie pomogą, ale sporo zamętu wprowadzą. Choćby w sprawie parytetów. Nie dziwię się, że gdy cała uwaga dyskutantów skupia się na limitach, to część kobiet protestuje. Wiedzą przecież, że dyskryminacja ma korzenie w sile stereotypu i obyczaju. Że główną przyczyną żałośnie małej obecności polskich kobiet w polityce (w Sejmie 20%, a w Senacie 8%), w życiu społecznym i zawodowym jest fatalna polityka rodzinna państwa, brak rozwiązań systemowych i płace niższe niż w przypadku mężczyzn.
Truizmem jest stwierdzenie, że kobiety są w Polsce dyskryminowane ze względu na płeć. I to niestety bardzo często. Kobieta pracująca musi być lepsza od mężczyzny, jeśli chce wykazać, że jest dobrym pracownikiem. Czy tak musi być? Rażąco godzi to przecież w zwykłe poczucie sprawiedliwości, ale poza gadaniem nic z tego nie wynika. Gorzej, że ciągle nie ma ustawy o równym traktowaniu kobiet i mężczyzn. I to mimo że premier Tusk dawno ją obiecał. Nie ma, choć w związku z tym przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości toczy się sprawa przeciwko Polsce. A przeciwnicy awansowania kobiet za przykład podają Elżbietę Radziszewską, pełnomocnika ds. równego statusu, gołym okiem widoczny jej brak kompetencji i – jak mówi prof. Magdalena Środa – zwyczajne lenistwo.
Co więc zrobić z parytetami? Najgorzej byłoby zrobić z nich pretekst do wojen kobiet z kobietami. Wprowadzać więc stopniowo, ale konsekwentnie. Kto się boi parytetów na listach? Parytety to przecież jeszcze nie wybory i nie decyzje. To zwiększenie szans kobiet. Do realnych funkcji w życiu publicznym i zawodowym kobiety ciągle jeszcze będą szły wyboistą drogą. Choć z parytetami trochę łatwiejszą.

Wydanie: 29/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy