Wstydliwa choroba

Wstydliwa choroba

Nie żyje prof. Henryk Samsonowicz, wybitny historyk. Dożył sędziwego wieku. Pamiętam go ze Sztokholmu, jak wiozłem go na lotnisko Arlanda, był bodaj rok 1995. Rozmawialiśmy w samochodzie o polskiej tolerancji w dawnych wiekach. Powiedział: „Polska była skazana na tolerancję, tak różnorodna etnicznie rozpadłaby się, gdyby nie była tolerancyjna”. Sam teraz dopowiadam: tolerancja skończyła się po spustoszeniu Polski przez Szwedów. Zaczął się wielki strach. Strach i niepokój rodzą nietolerancję.

*

W poprzednim felietonie kpiłem z Jadwigi Staniszkis, że mówi głupstwa w wywiadzie, który ukazał się w „Newsweeku”. Teraz jej córka Joanna oburza się na tygodnik i protestuje: „Wiedzieliście, mama ma demencję, a mimo to opublikowaliście”. Nie wiedziałem i przykro mi. Jest coś ogromnie upokarzającego, gdy taka zapaść dotyka ludzi inteligentnych. Tak bliski nasz rozum bezrozumu. To przydarzyło się mojemu ojcu, boję się, aby mnie to nie spotkało.

*

Z Franiem na rowerach do pobliskiego Helenowa, ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci, pawilony w dużym parku, wybieg dla koni, zagrody dla zwierząt. Są kozy, osły, kangury, jest staw i głaz upamiętniający pobyt tu Piłsudskiego, który w przeddzień decydującej fazy bitwy warszawskiej w roku 1920 snuł tu zwycięskie plany. Franio spotyka koleżków na hulajnogach, zostawiam go z nimi. Wracając, widzę na poboczu pustej drogi bezdomnego na kocyku – tak mi się w pierwszej chwili zdawało, a to wyznawca islamu, w białym bereciku, modli się. Po raz pierwszy widzę w Polsce taką scenkę. Zapowiedź nowego świata, który, ociągając się, przychodzi też do nas? Chociaż jestem ateistą, poczułem szacunek dla modlącego się i udało mi się nie skojarzyć go z islamskim terroryzmem. Ale to wymagało małego wysiłku.

*

Jak ocenił prezes, „bzdurą jest twierdzenie, że aborcja jest zakazana. Wciąż jest dopuszczalna, jeśli ciąża wywodzi się z przestępstwa i jeżeli zagraża życiu albo zdrowiu kobiety. (…) Wiem, że są ogłoszenia w prasie, które każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie, i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej”. No proszę, kto by się spodziewał takich porad po prezesie. Państwo powinno finansować takie wyjazdy. A na Jasnej Górze Przemysław Czarnek ogłosił nową dyscyplinę naukową – biblistykę. W szkołach zaś mają być lekcje o rodzinie, bo rodzina zagrożona przez truciznę, jaka płynie z Zachodu. Do zakazu rozwodów jeden krok.

*

Jestem zardzewiały. Dlatego funduję sobie masaż na warszawskich Stegnach. Pamiętam, jak powstawała ta część dzielnicy, nie było tam drzew, a teraz jest gęsty park. W budynkach jedyna zmiana to nowe windy, a korytarze pachną przyjemnie środkami czystości. W jednym z tych domów, w grudniu stanu wojennego, w mieszkaniu Iwonki Smolki, zakładaliśmy „Wezwanie”, podziemne pismo, które ukazywało się do 1988 r. Pamiętam grozę tego grudnia i naszą determinację. Było nas bodaj sześcioro, ale tylko ja wyrzucony za burtę swojego domu zaczynałem roczną odyseję. Dwójki z nas już nie ma. Ileż ja miałem wtedy sił i energii, ile wiary, że nie wolno się godzić na zło i że świat można poprawić.

*

Do galerii Monopol na wystawę malarstwa Łukasza Korolkiewicza. Galeria w arkadach, pomiędzy placem Zbawiciela a placem Konstytucji, te arkady są w stanie skrajnego zaniedbania, zabazgrane tatuażami graffiti. A to przecież Marszałkowska, centralna ulica stolicy. Jest z nami Franio, Antoś się zaparł, że nie pojedzie. Franio też protestował, ale uległ. Mamy mu za to poświęcenie kupić w drodze powrotnej frytki, cheeseburgera i colę. Moje dzieci nie mają pasji do sztuki, niestety. To nowe obrazy Łukasza, ale nie ma nowego okresu w swoim malowaniu, raczej łączy motywy z kilku dawnych, autoportrety nago, maski na twarzy, zaniedbane mury domów, rośliny, dziewczynka na progu dojrzewania, naga. Takie czasy nastały, że ta nagość dziecka budzi niepokój, czy nie oskarży się artysty o pedofilię. Ze wzruszeniem widzę na obrazie pole i Łukasza z naszą dużą i zieloną piłką lekarską (teraz widzę tę piłkę w naszym ogrodzie). To mój dawny Maciejów, wieś, gdzie miałem domek. Łukasz często korzysta w malowaniu z dawnych fotografii, nowe obrazy bywają oparte na starych zdjęciach.

Na wernisażu znajomi z różnych lat. Do wszystkich nas dobrał się czas. Ta kędzierzawa starsza pani to S., właścicielka mieszkania w pobliżu Nowego Światu, gdzie w stanie wojennym miałem wieczór autorski, moje „wojenne” wiersze czytała Krysia Janda. To był taki tajny salon artystyczny, wiele takich powstało w stanie wojennym. Okazuje się, że S. teraz zagorzała pisówka. Krzywi się na nazwisko Janda. Rozmawiam potem o tym szeptem z Łukaszem, jak się mówi o kimś miłym, ale doświadczonym przez ciężką i wstydliwą chorobę.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy