Blamaż. Jak zawsze

Blamaż. Jak zawsze

Wizytę z roku 2008 w Tbilisi prezydentów Polski i trzech innych krajów Polacy do dziś wspominają z zachwytem. W dalszym ciągu dominuje przeświadczenie, że Lech Kaczyński był „prorokiem”, że jego słowa „powstrzymały Rosję”… Mniejsza o naiwność takich ocen, ale słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i Polska” nie świadczyły o żadnej przenikliwości – były po prostu parafrazą różnych obiegowych opinii, z których najgłośniejsza, autorstwa akurat Rosjanina, Siergieja Kowalowa, pochodziła jeszcze z roku 1995. Gdy zaś polski prezydent deklamował, że ukazała się twarz sąsiadów, którą „znamy od lat”, to zapomniał o twarzy odmiennej, tej z roku 1989, gdy Moskwa, wówczas jeszcze sowiecka, zwróciła Polsce wolność. Gdy zaś oskarżał Rosję, natomiast milcząco rozgrzeszał Micheila Saakaszwilego i żądał od niego odrzucenia francuskich propozycji pokojowych, skazywał tym samym Gruzję na kontynuację nierównej walki, a światu ukazywał „twarz Polski” – awanturniczą i z definicji antyrosyjską – co było politycznie samobójcze. Gdy wreszcie na wiecu w Tbilisi wykrzykiwał: „Jesteśmy tu, aby podjąć walkę!”, tworzył niepewność, czy Polska wypowiada może teraz Rosji wojnę. W tej fanfaronadzie nie chodziło więc o Gruzję, nie o to, by coś rozwiązać. Chodziło o to, by SIĘ POKAZAĆ i – co się da – ROZJĄTRZYĆ. Mniej więcej to samo zrobił teraz w Kijowie brat śp. Lecha, Jarosław.

Owszem, należy docenić odwagę: wyjazd do bombardowanego Kijowa to nie była zabawa (choć warto odróżniać odwagę od brawury). Tym bardziej trzeba docenić postawę proeuropejską (choć wolno wątpić, czy okaże się trwała). Ale program POKAZAĆ SIĘ I ROZJĄTRZYĆ był przez stronę polską wiernie realizowany, bo jak niegdyś Lech Kaczyński namawiał do wojny Gruzję, tak teraz Jarosław Kaczyński namawiał do wojny NATO. Powiadał przecież o „misji pokojowej NATO lub szerszego układu międzynarodowego”, która działałaby „na terytorium Ukrainy” i która „mogłaby się bronić”. Brzmi pięknie, tylko czy Kaczyński naprawdę nie wiedział, że do tego trzeba mandatu ONZ? Czy sądził, że Rosja poczciwie się zgodzi? Czy serio uważał, że nie byłby to casus belli? Beztrosko mieszając pojęcia misji humanitarnej i misji militarnej, wikłał się w projekt nie tylko mętny, ale też z nikim nieuzgodniony: ani z wywołanym do tablicy NATO, ani z Unią Europejską, ani nawet z własnym rządem. „To nie było konsultowane”, przyznał szef klubu parlamentarnego PiS Ryszard Terlecki, natychmiast dodając, że trzeba też szukać innych możliwości (zdezawuował Kaczyńskiego?). „Rozmawiano o tym, choć nie na forum NATO”, oświadczył sam Kaczyński.

Nie pierwszy raz Genialny Strateg wyciąga z rękawa pomysły, które budzą w świecie zakłopotanie i które potem umierają śmiercią naturalną.

Na razie ostatnim z tych pomysłów zajmie się nasz rząd, a polska dyplomacja dostała polecenie jego lansowania. A przecież USA już oświadczyły, że realizacja planu Kaczyńskiego tylko by przedłużyła wojnę, Unia Europejska – że byłby to początek III wojny światowej, a NATO – że niczego takiego na Ukrainie nie planuje. Oto polski blamaż: cena improwizacji – czy raczej bezmyślności – w polityce. Ale też cena kłamstwa, wszak kłamano, że misja ma „mandat Rady Europejskiej”… I cena ignorancji. Polska zosia samosia znów wyskoczyła przed szereg – to powinno Rosję ucieszyć.

Ale uczuciem dominującym pozostaje i tak obrzydzenie. Do kraju heroicznie zmagającego się z agresją pojechano z pustymi rękami, bez programu pomocy, bez próby załatwienia czegokolwiek. Mateusz Morawiecki zaapelował o wejście Ukrainy do Unii Europejskiej – czy w tym celu nie lepiej było jechać do Brukseli? Lecz czyżby – powiedzmy na boku – życzył on Ukrainie losu Polski, która tak straszne męki cierpi w UE? Wracając zaś do tonu poważnego, czy nawołując Europę do zaostrzenia sankcji, Morawiecki z Kaczyńskim nie zauważyli, że ona to robi sama z siebie i że ponaglenia akurat w ich ustach to raczej bezczelność? Zwłaszcza że Polska wciąż najspokojniej kupuje węgiel z Rosji! Popisy pisowskiej hipokryzji są naprawdę męczące.

Ale wszystko to już było. Jak kiedyś nie chodziło o Gruzję, tak dziś nie chodzi o Ukrainę. Jak dziś Kaczyński nie ma pojęcia o misjach międzynarodowych, tak niegdyś, w rozmowie z Helmutem Kohlem, nie miał pojęcia, że zachodnia granica Polski została już przez Niemcy uznana. Amatorszczyzna, niekompetencja, ignorancja… I jeszcze obrzydliwość. Tyle tylko pisowcy potrafią.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 14/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy