Martwi i żywi

Martwi i żywi

Święto Zmarłych już się oddala jak ostatni wagon żałobnego pociągu. Nie lubię tego czasu, listopad kojarzy mi się z gniciem liści, z wilgotnym chłodem i z depresją. Cmentarze w ten czas to supermarkety śmierci, wielkie tłumy jeszcze żywych odwiedzają już całkowicie martwych. A w tym wszystkim polska tradycja, która czyni z tego święta swoiste misterium. Czy dzięki temu Polacy są szczególnie uduchowieni? Jakimś cudem nie. Jednak to znamienne, że Święto Zmarłych jest polską specjalnością. To też celebrowanie klęski, bo śmierć jest jednak porażką. Pamięć ma ją ułagodzić. Mógłbym bez trudu zacząć teraz udowadniać, że to piękne i wzruszające święto, ale zostawiam to innym. Sam ostatnio jeżdżę na cmentarz kilka dni przed Zaduszkami, by nie jechać w czas ogromnego tłumu.

Grób rodziców jest na Powązkach, inne groby gdzieś się rozpierzchły i popadły w nicość. Idąc teraz do rodziców, wpadam na wieczny dom przyjaciela z dawnych lat. Mimo śmierci nie mogę mu wybaczyć, że zdradził zdrowy rozsądek i stał się narodowym prawicowcem. Jeśli istnieje Bóg, wybił mu to z głowy, ale nie istnieje, o czym biedak nigdy się nie dowie.

To moja stara trasa, ale po raz pierwszy dostrzegam na dostojnym i starym grobie rodzinnym nazwisko Zofia Chądzyńska. Pisarka, tłumaczka z hiszpańskiego, przez lata mieszkała w Argentynie, przyjaźniła się tam z Witoldem Gombrowiczem. Jest rok bodaj 1974 r., robię z nią wywiad. Pamiętam tylko wrażenie jej postaci, już nie młoda, ale ładna kobieta. I słyszę tylko jedno zdanie – kiedy mówi, że latynoski typowy mężczyzna nie ma poczucia, że miał kobietę, dopóki nie posiadł jej… – tu się zawahała – per rectum. Powiedziała to, patrząc mi w oczy. Tak wiele umarło w międzyczasie, a te słowa żyją, pewnie mnie zaskoczyły. Często z pogromu czasu wychodzą cało jakieś osobliwe drobinki. Blisko rodziców leży Leśmian, jak nie zajść na jego grób. Największy w polskiej sztuce specjalista od śmierci.

Nie tak dawno umarł Andrzej Żuławski. Ola Szarłat napisała ciekawą jego biografię, „Żuławski. Szaman”. Andrzej to było bardzo nieszczęśliwe dziecko szczęścia. Miał, zdawało się, wszystko: świetnych przodków, talent, studiował we Francji, francuski znał jak polski, niezwykle przystojny, był z pięknymi, niezwykłymi kobietami. Zrobił karierę międzynarodową. Rozkochiwał w sobie ludzi, szczególnie kobiety, ale budził też wiele niechęci. Kaleczył i obrażał. Opisywał ludzi, jakby im wypruwał flaki. Bo życie to dla niego był spektakl, sam go reżyserował i grał w nim główną rolę, więc wszystko było mu wolno. Utalentowany artysta, ale w swoim talencie poważnie wybrakowany, wszystko mu się jakby ulewało, nie trzymało brzegów. Jak celnie powiedziała jego żona (przez trzy lata), Basia Baranowska, on nigdy nie miał wątpliwości, nie zadawał pytań, gardził wszystkimi, cierpiał z tego powodu, ale to było od niego silniejsze. (Z Barbarą jadłem w Paryżu nie tak dawno obiad, ma już ponad 80 lat i nadal jest piękna, a pamiętam ją z czasów, gdy miałem lat sześć, już wtedy jej uroda robiła na mnie wrażenie). Ten brak wątpliwości Żuławskiego był artystycznym dramatem, bo dobrej sztuki nie da się tworzyć bez wątpliwości.

Andrzej, chociaż mało co i mało kogo cenił, bardzo lubił moje felietony, począwszy od tych drukowanych w paryskiej „Kulturze”. Była mu bliska moja krytyczna wizja Polski. Wśród niezwykłych jego kobiet znalazła się aktorka Sophie Marceau, przez lata jego żona. Piękna, inteligentna, miła, a to rzadkie u człowieka połączenie. Spędzaliśmy kiedyś razem sylwestra i byłem pod jej wrażeniem. Jego autodestrukcja dotyczyła też związków, wszystkie dramatycznie się rozpadały. Potem pisał o byłych partnerkach, jakby chciał je zamordować. Pamiętam, pijemy herbatę w jego domu w Wesołej, cierpiał po rozstaniu z Marceau, mówię mu, zaskakując sam siebie: „Andrzej, ty przecież nikogo nigdy nie kochałeś”. Drgnął, jakbym go obudził, i powiedział: „To prawda, ale nie mów o tym nikomu”. Wybacz, że mówię…


Nauczycielka historii z małego miasteczka opowiada mi, że w szkole jest regres. Cała edukacja cofa się. Wchodzą idiotyczne, sztywne podstawy programowe, pachnie nacjonalizmem. Uważa, że w nauce historii nauka patriotyzmu powinna być budowana na patriotyzmie lokalnym. I dopiero z tego lokalnego winno wynikać przywiązanie do tej wielkiej ojczyzny. A u nas w historycznej pedagogice coraz więcej wielkich słów, sztandarów, celebrowania klęsk, mitologizowania sukcesów. Coraz mniej prawdy, coraz więcej frazesów.

Wydanie: 45/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy