Książka do poduszki

Wieczory z Patarafką

Jestem naprawdę zakłopotany. Przeczytałem książkę, po której wiele się spodziewałem, a otrzymałem nierównie mniej. Autorem jest sławny amerykański astronom i autor, Carl Sagan, a książka nosi tytuł „Miliardy, miliardy. Rozmyślania o życiu i śmierci u schyłku tysiąclecia” (wydał Prószyński, przełożyła Karolina Bober). Była pisana na łożu śmierci, wyszła w 1997 r., już po śmierci autora. Moje oczekiwania wydawały się uzasadnione, Sagan wiedział, że sumuje swoje życie duchowe i intelektualne.
Ale ta suma nie okazała się nazbyt ciekawa. Nie mogę nawet powiedzieć, że jest to książka zła i głupia, bo taka przecież nie jest. Jest za to słuszna i poczciwa, a to znaczy, że nic nikomu nie mówi i nie daje. Sagan, oczywiście, wie bardzo wiele, ale w zakresach, które i my już bardzo dobrze znamy. Na przykład, że nasze pasje sportowe wynikają stąd, iż nasi męscy przodkowie przez niezliczoną ilość pokoleń byli myśliwymi, a dobry myśliwy jest jednocześnie dobrym wojownikiem. Co zresztą bardzo wiele tłumaczy w naszych obyczajach społecznych i narodowych, ale o czym bardzo obszernie już pisali i Desmond Morris, i Jared Diamond, i wielu innych. Zresztą przeze mnie na tych łamach omawianych. Ciekawa jest natomiast uwaga Sagana, że myśliwy musi wyrobić w sobie pewną nieczułość, czyli dystans w stosunku do ofiar. Sagana to niepokoi, no, ja myślę. Dawno temu Władysław Zambrzycki oskarżał słownik łowiecki o kamuflowanie prawdy, czyli po prostu ukrywanie zbrodni.
U Sagana ujmuje mnie właśnie stosunek do zwierząt, którymi się nie przejmują ani tradycja antyczna, ani judaizm, ani chrześcijaństwo. O dziwo, podobno w Koranie sprawy wyglądają bardziej przyzwoicie. Znaczna część książki została poświęcona sprawie ochrony środowiska, dziury ozonowej, efektu cieplarnianego, alternatywnych sposobów pozyskiwania energii, eksplozji demograficznej i tak dalej. Ubolewa, że Amerykanie, czy w ogóle ludzie, a szczególnie politycy są tak krótkowzroczni, ale prezentuje przy tym iście amerykański punkt widzenia: przelicza mianowicie wszystko na dolary. „Wszystko” to znaczy ustępstwa na rzecz przyszłości i tego, co obok nas istnieje. Pewnie ma świętą rację i wie, jak kogo do czego przekonać, ale to jednak trochę śmieszne.
Dużo miejsca poświęca niebezpieczeństwom atomowym, no i znowu ma rację, ale w Polsce „walka o pokój” była przez tyle lat tematem politycznym numer jeden, że naprawdę wiemy o tych sprawach wszystko i zaczęły nam się nudzić przeokropnie. Zawsze przy tej okazji wspominam sobie „Księgę przeznaczenia” niejakiego Taylora, wydaną ze 40 lat temu, z której wynika, że roku 2000 żadne z nas dożyć nie może i nie powinno. Jak nie jedno nas zadławi, to drugie wydusi albo trzecie okropieństwo dopadnie. Poza tym to prawda niezbita, że człowiek zgromadził w swoich rękach przeogromną potęgę, a wraz z nią urosły i niebezpieczeństwa. Szczególne niebezpieczeństwo stanowimy my sami, nie umiejąc zahamować swojej liczebności.
Tu zresztą ustęp ciekawy, dotyczący skrobanek. Wedle Sagana, kryterium człowieczeństwa powinno stanowić pojawienie się u płodu fal mózgowych, a największymi na świecie obrońcami „życia poczętego” byli Hitler i Stalin, największym zaś wrogiem – sama natura, która zbędne embriony likwiduje. Ale fundamentalistów i tak nic nie przekona, po prostu szkoda czasu.
No więc książka rozumna, szlachetna i w ogóle. Ale… Czegoś mi jednak w niej brakuje. Może szczypty szaleństwa, może bezmiarów niewiadomego, a może to wszystko zanadto zrozumiałe, za gładkie, za słuszne? Wolę już takie książki jak Burkego i Ornsteina rzecz o obosiecznych skutkach cywilizacji, gdzie właściwie wszystkie nasze osiągnięcia zaopatrzono znakiem zapytania. Tak naprawdę nasz los jest o wiele bardziej szalony, perspektywy o wiele bardziej powikłane, prawdy bardziej wątpliwe, a w kłamstwach i złudzeniach jest znacznie więcej prawdy, niż byśmy oczekiwali.

 

Wydanie: 38/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy