Wielcy językoznawcy

Wielcy językoznawcy

Z wielu wypowiedzi ministrów i polityków AWS, Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej, jakie obserwowaliśmy w minionym tygodniu, można odnieść wrażenie, że najwięcej jest wśród nich językoznawców.
A zwłaszcza badaczy języka, którym posługuje się lider SLD, Leszek Miller.
O co poszło? I co tak poirytowało polityków prawicy?
Na Krajowej Konferencji SLD Miller powiedział, że “w zbyt wielu strukturach państwa osiedlili się amatorzy, w dodatku jeszcze głupi i pazerni”, a “władza publiczna nie może być jedyną w kraju wyspą szczęśliwości, oazą sytych i zasobnych”.

Przy okazji wyciągnięto mu jeszcze i to, że parę miesięcy wcześniej powiedział, że są Polacy, którzy szukają pożywienia na śmietnikach.
Takich słów delikatne uszy rządzących nie mogą strawić. Zwłaszcza że są wypowiadane głośno i publicznie. Bo przecież prywatnie, w kuluarach sejmowej restauracji, wielu polityków AWS przyznaje Millerowi rację.
A przede wszystkim przyznają mu rację ci, o których mówi i którzy na własnej skórze poznają fachowość, kompetencję, pracowitość i uczciwość reprezentantów władzy. Na wszystkich szczeblach. I w większości obszarów naszego życia.
Oburzenie polityków-językoznawców na Millera prowokuje do refleksji nad tym, jaki właściwie powinien być współczesny język polityki? Nie ten podręcznikowy, abstrakcyjny, ale język realny, odnoszący się do spraw i problemów Polski i Polaków w 2001 roku.
Czy więc polityk powinien mówić tak, jak myślą i mówią jego wyborcy? Czyli językiem zrozumiałym, możliwie w pełni oddającym ich nastroje, frustracje i radości. Używając słów adekwatnych do rzeczywistości, do codzienności.
A może jako ten bardziej wtajemniczony ma swoją wiedzę prezentować wybiórczo i dzielić słuchaczy na różne kręgi wtajemniczenia, kierując się bliżej nie sprecyzowaną racją stanu?
W istocie jest to pytanie o to, czy polityk powinien z ludźmi rozmawiać, czy też do nich przemawiać? A skoro już musi przemawiać, czy musi puszyć się swoją elokwencją i wiedzą, mnożąc słowa, z których w gruncie rzeczy niewiele wynika.
Wszyscy znamy takich polityków, których przemówienia są sztuką dla sztuki. Takich, którzy mówią, byle mówić. To do nich odnosi się rozmowa dwóch gaździn. “Słuchojcie, jak piknie wczoraj godoł ten polityk. – A o czym godoł? – O czym godoł, to nie powiedzioł”.
Zdolność sprawnego komunikowania się z ludźmi to podstawowa umiejętność polityka. Może być jego jedyną zaletą, ale może też być i piętą achillesową.
My, słuchacze, mamy coraz mniej czasu, by wsłuchiwać się w to, co jeden czy drugi napuszony gaduła chce nam powiedzieć. I nie bardzo chce nam się szukać złotej myśli, którą obudował setkami zbędnych słów.
A o tym, który styl wystąpień bardziej nam odpowiada – Leszka Millera, Bronisława Geremka czy Jerzego Buzka, zdecydujemy, na szczęście, sami. Bez pomocy językoznawców.

Wydanie: 7/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy