Tag "NATO"

Powrót na stronę główną
Świat

Cegiełki pod chiński porządek

Zachód traci monopol, BRICS buduje alternatywę

Stwierdzenie, że demokracje liberalne północnego Atlantyku straciły monopol na dyktowanie norm i zasad, według których ma funkcjonować współczesny świat, jest prawdziwe, ale dziś już trywialne. Maleje znaczenie polityczne Europy, co w połączeniu ze stagnacją gospodarczą, brakiem nowej wyobraźni politycznej i wewnętrznym skłóceniem sprawiło, że Stary Kontynent dla mało kogo jest punktem odniesienia.

Z kolei administracja Donalda Trumpa odsłoniła strukturalne słabości Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo pogłębiła niektóre deficyty. Tym samym przyśpieszyła schyłek tzw. amerykańskiego momentu, okresu, w którym tamtejsza armia, gospodarka, soft power oraz kompleks akademicko-technologiczny pozostawały najlepsze i największe na świecie, praktycznie niezagrożone w swojej dominacji.

USA już nie są globalnym hegemonem – ani „dobrodusznym”, jak mówiono w latach 90., ani „pasożytniczym”, jak nazwał je felietonista „Foreign Policy” i wykładowca Harvardu prof. Stephen Walt. Politolog ten w ostatniej publikacji przygotował nawet listę „10 sposobów, na które Trump osłabia Amerykę”, oceniając, że w polityce zagranicznej działania prezydenta do tej pory były „wyłącznie szkodliwe”.

Hegemon na glinianych nogach

Era hegemonów, podobnie jak czas uniwersalizmów, dobiega zresztą końca, i to nie tylko z powodu trajektorii spadkowej samej Ameryki. Henry Kissinger zauważył kiedyś, że w miarę powszechny porządek międzynarodowy, taki jak ten, który mieliśmy w ostatniej dekadzie XX w., możliwy jest wyłącznie wtedy, kiedy istnieje hegemon spełniający dwa kryteria.

Po pierwsze, narzuca on zasady zachowania mniejszym graczom. Po drugie, jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie tych zasad. W dzisiejszym świecie, jak niedawno na łamach magazynu „Foreign Affairs” zauważył brazylijski politolog Matias Spektor, żadne państwo nie spełnia obu tych warunków. Amerykanie nie mają zasobów, żeby zmusić mniejsze państwa do respektowania ich wizji, czego najlepszym przykładem jest kuriozalna wojna z Iranem. Waszyngton zużył w niej jedynie swoje zapasy pocisków dalekiego zasięgu i systemów obrony przeciwrakietowej, a strategicznie nie osiągnął tam nic, w praktyce wręcz wyniósł Iran do rangi regionalnego mocarstwa. Biorąc pod uwagę fakt, że kraj ten jeszcze niedawno był pariasem nawet dla państw Zatoki Perskiej, jest to osiągnięcie zaiste wybitne.

Z kolei drugi potencjalny hegemon, twierdzi Spektor, nie jest specjalnie zainteresowany stabilizowaniem świata rozchwianego przez populistów i spółki technologiczne. Znaczenie geopolityczne Chin rośnie w zawrotnym tempie, ale przywództwo pod względem nowych technologii oraz inwestycji infrastrukturalnych to nie wszystko. W prosty sposób udowodnił to David Lubin, ekspert brytyjskiego think tanku Chatham House, zajmujący się polityką walutową i makroekonomią. W niedawnym komentarzu dla macierzystej instytucji opisał potencjalną naturę kolejnego kryzysu finansowego.

Zdaniem Lubina, jeśli do niego dojdzie, nie będzie przypominał wielkiego kryzysu z 2008 r., bo znajdujemy się w innym układzie hegemonicznym. Wtedy, pisze Lubin, Amerykanie wzięli na siebie zadanie ustabilizowania rozkołysanej łodzi, jaką były światowe rynki finansowe. Dzisiaj już nie byliby w stanie tego zrobić,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Pojutrza nie będzie

Obejrzałem przedpremierowo „Dziennik panny służącej”. Skądinąd Radu Jude został sprowadzony do Warszawy na warsztaty bernhardowskie w TR i przy okazji zaproszony na spotkanie po projekcji filmu. To jeden z największych artystów kina europejskiego, a pretensje można mieć do niego chyba tylko o to, że po arcydzielnych „Wszystkich w naszej rodzinie” i „Aferim!” robi wyłącznie filmy dobre lub bardzo dobre.

Jego ostatnie dzieło, zrealizowane jako rodzaj uwspółcześnionych wariacji książki Octave’a Mirbau, plasuje się pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Najpyszniejsze są jednak w filmie sceny z francuską burżuazją, która A.D. 2025, cokolwiek znużona przeciągającą się wojną ukraińsko-ruską, wyraża obawę, że „ten szaleniec Zełenski” wciągnie ją w III wojnę światową. Jakby nie mógł wziąć przykładu z cywilizowanej Francji, która przecież poddała się Hitlerowi w niewiele ponad miesiąc.

Opór Ukrainy jest nader kłopotliwy; Slavoj Žižek w niedawno wydanej po polsku książce „Za późno na przebudzenie. Co nastąpi, skoro przyszłość nie istnieje” pisze wprost o wypartych pragnieniach zachodniej Europy: „Po cichu liczyliśmy, że Ukraina szybko padnie, żebyśmy mogli się porządnie oburzyć i opłakać stratę… następnie żyć po staremu. (…) Przypomnijmy sobie, jak w pierwszych dniach wojny zachodnie mocarstwa zaproponowały Zełenskiemu ewakuację z Kijowa specjalnym samolotem. Podtekst był taki, że sprawa została przegrana (więc szybko się stąd zmywajmy).

Nieprzemyślana, histeryczna reakcja zdradziła prawdziwe pragnienie Zachodu – którego zaspokojenie uniemożliwił niespodziewany opór ze strony Ukrainy”.

Antyukraińskie nastroje w Polsce są także rodzajem resentymentu wobec sąsiada, który zamiast załatwić sprawę „polubownie” i przystać na podyktowane przez agresora warunki rozejmu, z uporem i bohatersko prowadzi wojnę obronną już piąty rok. Naród ukraiński wykazuje bowiem wszelkie te cechy, które chcą sobie przypisywać Polacy na podstawie własnej heroizującej polityki historycznej, lecz broń boże nie chcieliby ich zweryfikować w warunkach wojennych.

Žižek swoje pesymistyczne rozważania napisał jeszcze przed ponownym wyborem Trumpa na prezydenta USA, zatem nawet katastrofizm autora nie zakładał upokarzających przekomarzań Trumpa z Zełenskim, prób decydowania o wojnie ponad głowami Ukraińców,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi

Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie

Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24.

Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny?
– Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki.

Dlaczego nieprzydatne?
– Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie.

366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł.
– Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać.

Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie?
– Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna.

Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans?
– W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy.

Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne.
– Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić.

Z Apache’ami jest inaczej?
– Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto pilnuje granic Europy

Wydarzenia z Ceuty pokazały, jak niebezpiecznie jest oddawać kontrolę nad imigracją

Na tym etapie naprawdę trudno uwierzyć, że był to naturalny napływ ludzi. Wystarczy spojrzeć na fakty, nie tylko związane z hiszpańskimi eksklawami w Afryce. Ceuta, kontrolowane przez Madryt miasto-region, od czterech stuleci pozostaje częścią państwa hiszpańskiego, choć formalnie jest regionem autonomicznym, o sporym stopniu samorządności. Najważniejsze jednak, że nie jest objęte tymi samymi regulacjami prawa międzynarodowego co kontynentalna część kraju. Dokładniej: nie należy do strefy Schengen ani do Paktu Północnoatlantyckiego. Oznacza to, że nawet mieszkańcy Ceuty oraz legalnie przebywający tam imigranci muszą każdorazowo przejść kontrolę graniczną i pokazać dokumenty, żeby przedostać się na inne terytorium Unii Europejskiej. W przypadku ewentualnego ataku, nawet będącego elementem wojny hybrydowej, NATO nie miałoby też podstaw do interwencji.

Skąd ten zryw?

Jeszcze lepszy obraz sytuacji otrzymamy po zestawieniu danych populacyjnych. W Ceucie na co dzień mieszka ok. 82 tys. osób, głównie Hiszpanów, choć wielu z nich jest mieszanego pochodzenia i żyje w marokańsko-hiszpańskich związkach. Sporo jest też hiszpańskich muzułmanów. Jeśli zatem w ciągu 30 godzin na ulicach Ceuty pojawia się 60 tys. nielegalnych imigrantów, miasto jest sparaliżowane. Niemal dwukrotne zwiększenie populacji w ciągu nieco ponad doby doprowadziłoby do załamania wszystkich systemów społecznych, militarnych i infrastrukturalnych. Nie ma więc co się dziwić mediom i lokalnym władzom, które te wydarzenia błyskawicznie nazwały kryzysem.

Dalej na ścieżce dowodów liczbowych znajdują się dane Fronteksu, unijnej agencji kontroli zewnętrznych granic UE. Wynika z nich, że przez 12 miesięcy ubiegłego roku na tzw. szlaku zachodniego Morza Śródziemnego – obejmującym Ceutę, Melillę, ale też Gibraltar – odnotowano zaledwie 19,4 tys. przypadków przekroczenia granic bez wymaganych dokumentów. Z jednej strony to wzrost o 19% rok do roku, wynikający najpewniej z uszczelnienia granic na środku Morza Śródziemnego i na Morzu Egejskim czy na szlaku bałkańskim. Z drugiej – i niech to wybrzmi – to mniej niż jedna trzecia całkowitej liczby imigrantów, która pojawiła się w Ceucie w ciągu nieco ponad doby.

Nawet gdyby uwierzyć w naturalne przyczyny tego zrywu migracyjnego, byłby on możliwy jedynie wskutek gwałtownej zmiany warunków bytowych po marokańskiej stronie granicy. Tak, w Maroku żyje się gorzej niż w Hiszpanii, państwo jest represyjne i słabiej rozwinięte gospodarczo, ale nierówności istnieją od dekad. W dodatku w Maroku w ostatnich dniach czy tygodniach nie doszło do żadnej katastrofy, która zmusiłaby ludzi do masowej ucieczki.

Jedyną zmianą na płaszczyźnie faktów, jaka rzeczywiście zaszła, był wyrok hiszpańskiego Sądu Najwyższego zabraniający natychmiastowego odsyłania za granicę imigrantów, którzy próbowali przedostać się do Hiszpanii drogą morską. Nie oznacza to absolutnie – wbrew temu, co propaguje dzisiaj skrajna prawica – że nagle rząd Pédra Sáncheza zdecydował się przyjąć wszystkich tych ludzi. Przeciwnie, nadal mieliby być odsyłani, ale po przejściu procedury weryfikacyjnej pod kątem prawa do azylu, już na lądzie. A ochrony prawnej większość z nich by nie otrzymała, bo Maroko nie jest w stanie wojny i nie prowadzi działań militarnych przeciwko innym państwom.

Z praktycznego punktu widzenia wyrok madryckiego sądu co najwyżej dawał imigrantom kilkanaście dodatkowych godzin w punkcie procesowania ich aplikacji gdzieś w Ceucie. Na hiszpańską część kontynentu i tak by się nie przedostawali.

Wreszcie ostatni element tła, czyli poprzedni incydent migracyjny w Ceucie. W 2021 r. władze Maroka wyraźnie manifestowały niezadowolenie z faktu, że Hiszpania zezwoliła na hospitalizację z powodu zachorowania na COVID-19 lidera Frontu Polisario, separatystycznej organizacji walczącej o niepodległość okupowanej przez Maroko Sahary Zachodniej. Hiszpanie przyjęli go do siebie, a w ramach „odwetu” Marokańczycy na chwilę zaprzestali kontroli paszportowych po swojej stronie granicy z Ceutą. Nawet wtedy jednak liczba imigrantów,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Co konsul zobaczył…

Udał się bardzo zjazd ambasadorów (tzn. kierowników placówek zagranicznych) i konsulów. Impreza była parodniowa, skupmy się zatem tylko na jednej jej części – zjeździe konsulów honorowych.

To był drugi w historii zjazd, pierwszy miał miejsce w roku 2008 i też organizował go Radosław Sikorski. I można rzec: do organizacji takich imprez Sikorski rękę ma. Wtedy przyjechało 119 konsulów, teraz – 155.

Polskę reprezentuje w świecie ponad 200 konsulów honorowych w 119 państwach. Są to z reguły osoby miejscowe, dobrze sytuowane, niezależne finansowo, cieszące się autorytetem. Liderzy swoich środowisk. Jest w tej grupie także garstka Polonusów, tych, którym się powiodło.

Konsulowie honorowi dla naszego kraju pracują za darmo, choć często przychodzi im wykonywać pełne konsularne obowiązki, kiedy udzielają pomocy polskim obywatelom. Są bardzo ważnym elementem nie tylko sieci pomocy obywatelom Polski za granicą, ale i budowy pozytywnego obrazu naszego państwa. Ważne jest więc, by oprócz przekonania, że tytuł konsula wzmacnia ich pozycję, mieli poczucie, że są związani z państwem z kategorii premium. I to się udało. Konsulowie mieszkali w Hotelu InterContinental w centrum Warszawy. Przez trzy dni,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Po co nam amerykańska baza?

Nie obroni, a kosztować będzie krocie

Pogrążamy się w świecie szaleństwa. Polscy politycy licytują się w sprawie amerykańskiej bazy: kto bardziej chce u nas amerykańskich żołnierzy, kto chce więcej za to zapłacić. Oto probierz patriotyzmu.

Te wszystkie opowieści, jakie to szczęście zapanuje, gdy Amerykanie osiądą na polskiej ziemi, nie trzymają się kupy. Nie ma w tym ani przyzwoitości, ani logiki finansowej, ani strategicznego myślenia.

Zacznijmy od przyzwoitości. Oto bowiem politycy, którzy mają usta pełne frazesów o wolności i niepodległości, chcą, by tę wolność zapewnili nam żołnierze zagraniczni. Przecież to jest ucieczka w poddaństwo. Wobec USA. Innymi słowy, wołają: „Wolność, suwerenność!”, a chcą nas sprzedać.

Tę sprzedaż realizują z zapałem. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza z dumą, że negocjuje sprawę bazy z sekretarzem wojny Pete’em Hegsethem i że te negocjacje idą dobrze. Rzecznik prezydenta Nawrockiego pogania rząd i poucza, że to Nawrocki narzuca ton w tych zabiegach wobec Amerykanów. I że to on najbardziej chce wojsk USA w Polsce. Oto rozum Nawrockiego – wmawia nam, że im będzie milszy wobec Donalda Trumpa, tym bardziej Trump będzie chętny nas bronić. Wiąże więc bezpieczeństwo Polski z dobrym humorem prezydenta USA. Poza tym amerykańska baza będzie „odstraszać Rosję”. Czyżby?

Jest wiele dowodów z ostatnich lat, a nawet dni, na to, że obecność amerykańskich żołnierzy nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przykładem niech będzie ostatnia wojna w Zatoce. Amerykanie mają tam bazy w Katarze (Al-Udeid), w Bahrajnie (dowództwo V Floty), w Kuwejcie i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Bogate państwa Zatoki myślały podobnie jak polscy politycy – że ściągną Amerykanów i będą bezpieczne. Tymczasem okazało się, że bezpieczne nie były. Iran bombardował bazy, a nawet hotele, w których mieszkali amerykańscy żołnierze. Obecność amerykańskich baz niczego więc nie zagwarantowała.

Podobnie było w roku 2021 w Afganistanie. Obecność amerykańskich żołnierzy nie pomogła prozachodniemu rządowi. Sceny z lotniska w Kabulu, z którego odlatywały amerykańskie samoloty, są tego symbolem.

W naszej części świata podobną sytuację mieliśmy w roku 2008 w Gruzji. Dla nas ta wojna to początek agresywnych działań Rosji. Ale były one możliwe dlatego, że ówczesny gruziński prezydent Micheil Saakaszwili zbyt mocno uwierzył w amerykańską broń i poparcie USA. Wierzył m.in., że amerykańscy żołnierze szkolący armię gruzińską „będą odstraszać”. Nic takiego nie miało miejsca. W efekcie przegrał. Prof. Jadwiga Kiwerska z Instytutu Zachodniego skomentowała to krótko: „Wobec wojny rosyjsko-gruzińskiej Waszyngton okazał się dość bezradny, a jego działania były mocno spóźnione i raczej miały na celu »ratowanie twarzy« supermocarstwa niż realną skuteczność”.

Dlaczego wiara, że baza wojsk amerykańskich będzie rodzajem naszej tarczy, że będzie odstraszała Rosję, jest tak naiwna? Bo zakłada, że Rosja i USA są głęboko skłócone, pozostają w konflikcie takim jak w czasach zimnej wojny. Ale tamtych czasów już nie ma. Ekipa Trumpa patrzy na świat zupełnie inaczej – wielobiegunowo. Podobnie będzie, jak sądzę, z ekipami, które przyjdą po nim. Rosja nie jest więc dziś dla USA śmiertelnym wrogiem, ale jednym z największych państw świata, z którym jakoś trzeba się ułożyć. Jak? Polska nie ma na to wpływu. Żadnego. W sprawach stosunków amerykańsko-rosyjskich jesteśmy poza grą. Mogliśmy więc w Warszawie wołać, że Putin to morderca i że nie podaje mu się ręki, a potem i tak oglądaliśmy w telewizji, jak na Alasce kroczy po czerwonym dywanie i wita się miło z Donaldem Trumpem.

Możemy też obserwować wysłanników prezydenta USA, którzy jeżdżą do Moskwy negocjować i snują plany gospodarczych przedsięwzięć. Słuchać wiceprezydenta J.D. Vance’a, który z dumą opowiadał, że jego największym osiągnięciem jest odłączenie Ukrainy od amerykańskiej pomocy. Albo Trumpa, który w Paryżu

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Paskudny świat

Paskudny to świat, w którym szaleństwo jednostek może usprawiedliwiać kolosalne wydatki na zbrojenia. Jeśli wnioskować z medialnych przekazów (a skąd mamy czerpać wiedzę, a przynajmniej informacje?), kilku co najmniej niezrównoważonych panów wpływa na decyzje przypominające dość niefortunne łacińskie powiedzenie Wegecjusza, zresztą militarysty, żeby szykować wojnę, chcąc pokoju.

Co gorsze, o ile z perspektywy wojny trudno się cieszyć, o tyle ze zbrojeń już można. I z tego, że jesteśmy liderem pieniężnego w nie zaangażowania. I tu łatwo nawet, co też wydaje się niemal piękne, o społeczną zgodę. Bo przecież w historii czuliśmy się wtedy ważni, gdy byliśmy przedmurzem. Teraz powtarzamy z pewnym ukontentowaniem, że jesteśmy wschodnią flanką NATO, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy chętnie odnosimy do siebie słowo „wschodni”.

Słowo „bezpieczeństwo” tłumaczy wiele. Jest na czele wartości, na jakich nam zależy. A ma jeszcze tę wagę, że wywołuje poczucie zagrożenia, w którym łatwiej o rządzenie, ale i o porozumienie, rzec można – narodowe. Daje też możliwość tworzenia aksjomatów. Kiedyś powtarzano, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Komu można ufać, a komu nie?

Nasz czy ich? Takie zawsze jest pierwsze pytanie, czy to prezydenta, czy premiera, gdy jadą z wizytą zagraniczną i wiadomo, że będzie ją przygotowywała miejscowa placówka. A tu można dużo – już na etapie organizowania spotkań, doboru rozmówców, gości. Można daną wizytę podbić albo uczynić ją mało zauważalną. Szef placówki może tu wiele, zwłaszcza jeśli na swojej robocie się zna.

I teraz jedzie Karol Nawrocki na szczyt NATO do Turcji, pytanie zasadnicze brzmi zatem, jak będzie. W przypadku Ankary Nawrocki może odetchnąć. W Turcji mamy pełnego ambasadora, jest nim Maciej Lang, zawodowy dyplomata. I to z CV długim jak u mało kogo. Był ambasadorem w Turkmenistanie, Afganistanie, Kazachstanie, Turcji, Rumunii i znów od roku 2023 jest w Turcji. Dodajmy – placówki opuszczał przed czasem, na żadnej nie dotrwał do końca zwyczajowej czteroletniej kadencji. A dlaczego? Bo inne obowiązki go wzywały. Na przykład w roku 2021, gdy był ambasadorem w Bukareszcie, otrzymał wezwanie od ministra Raua i pojechał do Kabulu, z którego uciekali Amerykanie. Tam kierował ewakuacją polskich obywateli.

To była poważna operacja: 52 loty wojskowe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Polityka strachu

Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie

Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.

Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki

Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.

Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić

Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nowe czasy, nowe traktaty

Czy Polska wskoczy do światowej ekstraklasy?

Ta umowa to znak czasu. W środę, 27 maja, Donald Tusk podpisał z Keirem Starmerem Traktat o Partnerstwie w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obronności. Traktat obejmuje 14 projektów obronnych. Zapowiada, że Polska i Wielka Brytania będą „wspólnie zwiększać swoje zdolności w zakresie uzbrojenia typu powietrze-powietrze, naziemnych systemów obrony powietrznej oraz zdolności lądowych”. Mają także działać na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.

Na stronie Kancelarii Premiera możemy przeczytać: „Celem Polski i Wielkiej Brytanii jest skuteczne odstraszanie potencjalnego agresora – Rosji.

– Nie ma dla nas większego wyzwania niż rosyjska agresja. Widzimy to nie tylko w samej Ukrainie, ale też poza jej granicami. Podpisany traktat jest naprawdę pokoleniowym wzmocnieniem relacji w zakresie bezpieczeństwa i obronności pomiędzy naszymi krajami – ocenił szef brytyjskiego rządu Keir Starmer”.

Rok temu, 9 maja, podobny traktat – o wzmocnionej współpracy i przyjaźni – Polska podpisała z Francją. Przewiduje on wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zawiera klauzulę wsparcia militarnego na wypadek ataku na którekolwiek z państw.

– Od dziś Francja i Polska będą mogły naprawdę liczyć na siebie w każdej sytuacji. Dajemy sobie wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i możecie być państwo pewni, że intencją prezydenta Francji i moją jest śmiertelnie poważnie traktować ten zapis – mówił Donald Tusk podczas wspólnej konferencji prasowej z Emmanuelem Macronem. Nancy, w którym podpisano polsko-francuską umowę, nie jest miejscem przypadkowym. To dawna siedziba króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego.

Traktat polsko-brytyjski również podpisywany był w historycznym miejscu – w bazie lotniczej Northolt na północnych przedmieściach Londynu, w której w czasie bitwy o Anglię stacjonowały polskie dywizjony myśliwskie, w tym Dywizjon 303.

Dodajmy jeszcze jedno – te dwie umowy wkrótce ma uzupełnić trzecia, z Niemcami, planowana na 17 czerwca. I teraz pytanie: w jakim mieście będzie podpisana?

Odłóżmy jednak to pytanie na bok. Ważniejsze jest, że wewnątrz Europy tworzy się system zacieśnionej współpracy – militarnej, przemysłów zbrojeniowych. Zanim Wielka Brytania podpisała umowę w Northolt, podobne zawarła z Francją, Niemcami i Norwegią. Ten system tworzy się z przymusu. Jest odpowiedzią na nową sytuację międzynarodową. Na działania prezydenta Putina, który siłą militarną próbuje odbudować dawną pozycję imperium, i na działania prezydenta Trumpa, który parokrotnie zdążył ogłosić, że Ameryka NATO nie potrzebuje, a jeśli chodzi o Europę, to on umywa ręce.

Dorzućmy do tego wypowiedzi ludzi z administracji Trumpa, że Europa jest dla Ameryki przeciwnikiem. No i plany NATO 3.0, z których wynika, że wojska amerykańskie radykalnie ograniczą obecność na naszym kontynencie czy wręcz z niego się wycofają. Jest to zapisane w amerykańskiej

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.