Na wozie i pod wozem

Dziadkowie moi we Lwowie na schyłku pierwszej wojny światowej zainwestowali życiowe oszczędności w markę niemiecką oraz carskie ruble wysokiej nominacji. To, co z tych wszystkich pięknie kolorowanych banknotów pozostało, ograniczyło się do wartości zadrukowanego papieru i spoczęło na dnie w żelaznej skrzyni w sypialni, w której i ja sporo lat później przyszedłem na świat. Ponadto ojciec mój umeblował sześć pokoi naszego lwowskiego mieszkania, pozawieszał na ścianach nabyte Kossaki, zaś dzięki wytężonej pracy lekarskiej kupił we Lwowie dwie trzypiętrowe kamienice. To wszystko również wzięli diabli pod postacią Sowietów i Niemców, ci pierwsi zaś, wyzwoliwszy nas od tych drugich, a także od wszystkich dóbr ruchomych i nieruchomych, otwarli przed nami wielkodusznie drogę do wyjazdu z kilkoma walizkami rzeczy osobistych.
Ja z kolei, skończywszy studia lekarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i dowiedziawszy się, że wszystkich, co dochrapali się dyplomu lekarskiego, obejmuje dożywotni pobór wojskowy, zrezygnowałem z medycznej kariery i rozpocząłem dość chwiejnie wydrapywanie się z głębin kolejnej studni, do której los mnie wtrącił. Nie zdarza się raczej, ażeby kariera pisarska szybko obradzała pieniądzem, toteż dopiero pod koniec lat 70. mogłem rozpocząć budowę domu jednorodzinnego na osiedlu Kliny. Jako pisarz już wydawany we wielu językach na wielu kontynentach, a naraz od wszystkich odcięty stanem wojennym, wymknąłem się do Zachodniego Berlina, dokąd po roku sprowadziłem żonę z synem. Dzięki zaproszeniu z austriackiego instytutu literatury przenieśliśmy się do Wiednia, a kiedy na horyzoncie dziejów pojawił się Gorbaczow ze swoją pierestrojką, postanowiliśmy wrócić do Polski.
Jakkolwiek prawdą jest, że Sowiety i Niemcy łupili nas bez miary, prawdą jest również, że żaden z rządów, ani sowiecki, ani niemiecki, nie domagał się od nas złożenia zeznań o naszym majątku! Obecnie profesor Kołodko wykoncypował ustawę o powszechnym obowiązku składania takich deklaracji. Nie wydaje mi się, aby zgadzała się ona z duchem i literą konstytucji. Nie mówię tutaj o tak zwanej abolicji podatkowej, którą tu i ówdzie istotnie stosowano. Po wtóre, prawna lichota ustawy, umożliwiająca wysoce dowolną interpretację poszczególnych postulatów, pozwala uznać, że albo prawdziwie skutecznej egzekucji nie będzie, albo też rozmnoży nam ona skarbowych kontrolerów i tym samym zmarnuje mnóstwo sił i pieniędzy.
Uważam, że pomysł profesora Kołodki jest zamachem na konstytucyjne i nienaruszalne prawa jednostki – państwo żąda od nas spowiedzi, jednocześnie nie mogąc zagwarantować nam jej tajemnicy. Moim zdaniem, rzeczona ustawa powinna zostać rozszczepiona oraz ograniczona do części abolicyjnej. Dlatego doceniam ruch prezydenta Kwaśniewskiego, który oddaje całą sprawę w ręce ludzi naprawdę kompetentnych.

15 października 2002 r.

Wydanie: 42/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy