Wenecja-wyzwanie

Do Wenecji pojechałem na kongres SEC, czyli Societe Europeenne de Culture, w którym Polska ma dość silną reprezentację. Przez całe lata wiceprezesem SEC był Jarosław Iwaszkiewicz, teraz jego rolę przejął Michał Rusinek. Ma już dziewięćdziesiąt sześć lat, ale nadal jest aktywny. Pomyśleć – już przed wojną był sekretarzem Polskiej Akademii Literatury! Napisał całą bibliotekę powieści, a teraz prezesuje polskiemu oddziałowi SEC. Utrzymuje, że trzyma się tak dobrze, bo cały czas pracuje w swoim ogródku. Ale Michał w ostatniej chwili zrezygnował z wyjazdu, naszym wodzem został tedy Eugeniusz Kabac, też prozaik zresztą.
Zjazd świętował pięćdziesiątą rocznicę SEC, był więc ogromnie solenny, mówiło się wiele o humanizmie, o relacji północ-południe, o równouprawnieniu kobiet, demokracji itd. itp. Odbywał się we wspaniałej scenerii położonego na południe od Wenecji San Giorgio Maggiore, pięknego klasztoru przebudowanego przez samego Palladia, gdzie wisi najpiękniejszy podobno obraz Tintoretta, bardzo nietypowa Ostatnia Wieczorza. Są tacy, którzy przenoszą ją ponad Leonardową.
Ale mnie porwała sama Wenecja. Przyjechaliśmy z żoną o świcie, jeszcze nie kursowały vaporetta, dojechaliśmy tylko do Ponte Rialto, a stamtąd pieszo przez cały matecznik zaułków. Było zupełnie pusto, słońce wschodziło i to wtedy uderzyła mnie cała, wyjątkowa niesamowitość Wenecji. Mieliśmy za sobą całą dobę podróży, ale przecież tuż po przyjściu do hotelu wywiało nas na Wenecję. Nawiasem mówiąc, na całym Canale Grande są tylko trzy mosty, Rialto to środkowy. Podobno od niego właśnie zaczęła się handlowa kariera Wenecji, do dzisiaj jest to ogromne targowisko szkłem z Murano, koronkami, ale także rybami, mątwami, owocami i wszelkim dobrem. Trzeba tu rzec, że Wenecja jest wyjątkowo drogim miastem, a im bliżej do placu świętego Marka, tym drożej. W kawiarni Floriana szklanka wody kosztuje dwa dolary – ale to się płaci za trzysta lat istnienia tego lokalu. Zresztą przepięknego.
Co można zobaczyć przez cztery dni inkrustowane obradami? Prawie nic, zwłaszcza, że żadne środki komunikacji z racji natury miasta nie istnieją. Trzeba chodzić i to głównie po schodach. Ale przecież odwiedziliśmy galerie Akademii – głównego zbioru obrazów Szkoły Weneckiej, jedno z najsłynniejszych muzeów świata. Ale jest tu ich przecież kilkadziesiąt, a poza tym każdy kościół jest istnym skarbcem wszelkiego piękna. Tycjan, Bellini, Veronese – już się obojętnieje na skarby nawet najwspanialsze, jeśli w każdym najskromniejszym nawet kościele jest więcej arcydzieł niż w całej Polsce… Zresztą skromnych kościołów tu nie ma.
Nawiasem mówiąc, przeżyłem tylko jeden moment satysfakcji, gdy oglądałem słynny Złoty Ołtarz, Pala Doro, reklamowany jako najpiękniejszy ołtarz świata. Powstawał coś z pięćset lat, składa się z emalii na złocie i kilku tysięcy klejnotów. Rzeczywiście wspaniały, ale Wit Stwosz, choć drewniany, to zdecydowanie nie gorszy.
Ale tak w ogóle to oszalałem na punkcie Wenecji, jak nigdy przedtem na punkcie żadnego miasta. Do tego stopnia, że ułożyła mi się cała w wielką metaforę raczej śmierci niż życia i postanowiłem o niej napisać książkę. Czy coś z tego rzeczywiście wyjdzie – nie wiem. To jest bardzo złożona, ogromnie bogata problematyka. Moje “wielkie” książki poświęciłem literaturze polskiej dwudziestego wieku, starożytności klasycznej i historii Żydów. Ale wszystkie te tematy studiowałem całe lata. Czy dam teraz radę Wenecji? A jakiś szkic, to, jak czuję, zdecydowanie za mało.
Ostatniego dnia zjazdu zawieziono nas do Treviso, gdzie obradowaliśmy, zjedli obiad, wypili i… okazało się, że nie możemy wrócić, bo wszystko sparaliżował strajk drogowców. Więc zwiedzaliśmy miasto i jego tysiącletnie zabytki, ale właściwie prawie na czworakach. Wreszcie autokar jakoś dojechał i dowiózł nas do Wenecji. I wtedy okazało się, że czuję to miasto, jakbym w nim wcześniej bywał. Odłączyliśmy się od reszty, żegnani przerażonymi spojrzeniami i poszliśmy na czuja, na skróty. I przyszliśmy o pół godziny wcześniej.
Zjazd się skończył, ale my wraz z przyjaciółmi, Wollenber Kluzową i jej mężem jeszcze nie wracaliśmy do domu. Czekało nas całe Veneto, czyli przede wszystkim Padwa, Rawenna, Werona.

Wydanie: 19/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy