Polityka historyczna

Polityka historyczna

W przytomnym świecie istnieją polityka, historia oraz historia polityczna – nauka opisująca m.in. relacje pomiędzy władzami różnych krajów, ich rozgrywki dyplomatyczne, a także przedłużenie dyplomacji (jak mawiał Carl von Clausewitz), czyli konflikty i wojny. Gdy chodzi o politykę wewnętrzną, historia polityczna bada walkę o władzę i jej sprawowanie, koegzystencję i starcia poszczególnych grup nacisku, narodowościowych, ideowych itd., starając się, na ile to możliwe, ustalić prawdę o faktach politycznych i ich mechanizmach. Jeszcze w pierwszej połowie XX w. historia polityczna i ewentualnie kulturalna najbardziej zajmowała dziejopisów. Dzisiaj, pod wpływem francuskiej szkoły „Annales”, wywalczyły swoje miejsce historia gospodarcza i społeczna. Jednak nikt ani dawniej, ani dzisiaj nie słyszał o takim tworze jak „polityka historyczna”. O ile dobrze rozumiem mętne wypowiedzi miłościwie nami rządzących czy pseudonaukowców z IPN, ma ona na bieżący użytek przedstawiać dzieje naszego kraju jako wielkie, mądre i wyjątkowe, w których niepowodzenia są zawsze wynikiem spisku sił obcych i bezpodstawnie wrogich. Ma usprawiedliwiać naszą politykę nieustannego wstawania z kolan, dać nam monopol na moralność i potępianie sąsiadów. Decydować o tym, kto oprócz nas, gdzie i dlaczego ma rację, co istniało, a co jest fatamorganą i narzuconym nam złudzeniem. Krótko mówiąc, od początku mamy tu do czynienia z naciąganiem faktów, fałszem i szowinizmem. Gdyby było inaczej, już dawno aniołowie niebiescy spłynęliby na ziemię, usadzili wszystkich Polaków w złotych krzesłach i żywcem zanieśli do raju. A wiedząc, że dzięki IPN już od dawna znają oni tajemnicę dobrego i złego, pozwoliliby im nawet jabłka wcinać na podwieczorek.

Wielkim mistrzem nowej dyscypliny, co jest słuszne w hierarchii państwowej, okazał się premier Mateusz Morawiecki. Ponieważ nie podobały mu się zdarzenia w 1968 r., z całą prostotą polityki historycznej zadekretował, że w tym akurat roku Polski nie było. Wywołało to zrozumiały popłoch we wszystkich krajach, które utrzymywały w tym czasie placówki dyplomatyczne nad Wisłą, a których pracownicy nie zauważyli zniknięcia kraju swojej akredytacji. W Meksyku odbywała się właśnie olimpiada i organizatorzy nie wiedzą dzisiaj, kim były te ufoludki z napisem Polska na piersiach. Geografowie zachodzą w głowę, w jakim Tiutiurlistanie mieścił się owego roku Kraków, a w jakim San Escobar, Białystok itd. Premier Morawiecki nie jest praktykującym historykiem, toteż zapewne IPN mu podpowiedział, żeby w dniach konfliktu z Izraelem składać kwiaty ku czci „przeklętych” żołnierzy NSZ, których antysemityzm i zbrodnie dokonane na Żydach są akurat powszechnie znane. Skądinąd, jakby nie dosyć było pomieszania z poplątaniem, Morawiecki jest czcicielem powstania warszawskiego, które NSZ (co im się wyjątkowo chwali) surowo i konsekwentnie potępiały. Nie zainteresował się też pan premier faktem, że z Gór Świętokrzyskich do Niemiec siły niemieckie przepuściły NSZ-owców jako ideowych braci. W pobliżu Holiszowa (dzisiaj Czechy), dbając o swój przyszły wizerunek, Brygada Świętokrzyska „wyzwoliła” obóz kobiecy. Wiekopomna bitwa odbyła się 5 maja 1945 r., czyli pięć dni po samobójstwie Hitlera i trzy po kapitulacji Berlina. Dwóch „żołnierzy przeklętych” odniosło w niej lekkie rany. Oto jak rzecz opisuje dowódca brygady Antoni Szacki „Bohun”: „Rozpoczęliśmy działania bojowe na osi Holiszów-Stankow-Bischofteinitz. Jednocześnie prowadzone były przygotowania do akcji bojowej na obóz koncentracyjny »Holiszów«, przez intensywną pracę wywiadu i dokładne rozpoznanie terenu do wykonania tego zadania. Dnia 3 maja, po południu, nadleciały bombowce amerykańskie w ilości 60 maszyn i zbombardowały podany przez nas w liście las ze składami amunicji. Ziemia dosłownie kołysała się jak przy wielkim trzęsieniu ziemi. Wysłane w nocy patrole przysłały meldunki o kompletnie zniszczonych składach z amunicją oraz o powstałych doskonałych warunkach terenowych do przeprowadzenia akcji na obóz »Holiszów«”.

Czyż to nie prawdziwy prekursor polityki historycznej IPN? Jeszcze chwila, a Holiszów zmieni się w Auschwitz bez mała, natomiast „Bohun” w specjalistę od uwalniania Żydówek. Niemal dokładnie: „Gdy Sobieski był sułtanem”. A premier Morawiecki wieńce składa.

Byłaby to śmieszna farsa, gdyby nie ten drobiazg, że inni, obcy, wrogowie znają niekiedy rudymenta historii Polski i czasem mają już dość naciągactwa i jawnych przeinaczeń w słowie lub czynie, którym co więcej patronują w tym kraju najważniejsi decydenci. Na takie wątpliwości ma jednak IPN i mają polscy politycy słowo klucz, słowo wszelką krytykę ucinające, słowo, którego słuszność i prawomocność zagwarantować mają trzy lata więzienia. Antypolonizm, panowie i panie, parszywy ANTYPOLONIZM!!!

Wydanie: 10/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy