Prawda z dodatkami

W sprawie pojednania z Ukraińcami Polacy dzielą się na dwie partie. Pierwsza, do której należę, głosi, że pojednanie w takim stopniu, w jakim jest możliwe między sąsiednimi narodami, dokonało się w ciągu powojennego czterdziestolecia i rewizja tego, co osiągnięto, może tylko zaszkodzić. Druga partia stanowczo twierdzi, że pod rządami komunistycznymi nic dobrego nie mogło się zdarzyć, trzeba było dopiero „Solidarności”, żeby rozpoczął się proces autentycznego pojednania i wzajemnego przebaczenia sobie win. W tym celu należało najpierw wywlec na forum narodowe już prawie zapomniane zbrodnie, skierować na nie uwagę opinii publicznej i poddać ludzi presji propagandowej, aby sprawcom tych zbrodni wybaczyli, a swoje winy sobie przypomnieli. Tej drugiej partii na szczęście nie chodzi o to, aby autentyczne przebaczanie powodowało jakieś zmiany w dziedzinie realiów pozostałych po komunizmie. Ma się ono dokonać w samej tylko świadomości ludzi, w ich sumieniu, co można osiągnąć, propagując w gazetach i na uroczystych zgromadzeniach ideał wzajemnej miłości wszystkich narodów walczących o niepodległość. Istniejących granic nie proponuje się zmieniać na jakieś sprawiedliwsze, powrotu wysiedlonych po wojnie z Polski na Ukrainę i z Ukrainy do Polski nikt się dla sprawiedliwego pojednania, chwała Bogu, nie domaga. Pojednanie bez konsekwencji realnych powinno być dziecinnie łatwe, ale niestety nie jest.
Jacek Kuroń w swoich artykułach i wypowiedziach na temat stosunków polsko-ukraińskich ma wiele racji, nie mówiąc już o ewidentnie dobrych intencjach. Jego sugestywne wywody, pozornie proste i prostolinijne, w istocie odwołują się do złożonej argumentacji rozciągającej się od symboli literackich, nakazów moralnych, do twardego determinizmu socjologicznego. Ten ostatni typ argumentów robi na mnie wrażenie i przekonuje intelektualnie. Deterministyczna socjologia i antropologia sprzyjały liberalizmowi w jego początkowych stadiach rozwoju i moim zdaniem sprzyjają nadal. Dowodzenie, że to, co Ukraińcy zrobili Polakom, było skutkiem tego, co wcześniej Polacy zrobili Ukraińcom, nawet gdyby było ścisłe, nie da się jednak pogodzić z „paradygmatem”, jaki obecnie obowiązuje przy rozpatrywaniu zbrodni ludobójstwa i zbrodni przeciw ludzkości. Ideologia uniwersalnych praw człowieka zakwestionowała zasadniczo wyjaśnianie przyczynowe. Podejrzewa się nie bez racji, że może ono być metodą relatywizowania zbrodni.
Choćby się samemu miało inne przekonania, występując publicznie, trzeba się liczyć z przekonaniami innych i to z dwu powodów: aby być zrozumianym i aby nie przegapić okazji przyswojenia sobie poglądu ciekawszego lub słuszniejszego niż swój.
Kontekstem historycznym, w którym należy (według „paradygmatu” uniwersalnych praw człowieka) rozpatrywać rzezie wołyńskie, są takie symboliczne już fakty, jak Katyń, Oświęcim, Jedwabne czy Srebrenica. Kto chciałby się zastanawiać nad tym, jakie obiektywne przyczyny doprowadziły do wymordowania polskich jeńców w Katyniu i gdzie indziej, naraziłby się nie bez podstaw na zarzut, że chce tę zbrodnię zrelatywizować i przez to umniejszyć lub zbanalizować. Biorąc świat od strony deterministycznej, należałoby uznać, że Oświęcim też miał swoje przyczyny. Jedwabne również, podobnie Srebrenica, podobnie tortury w czasach Bieruta. A jednak nie jesteśmy za bardzo ciekawi obiektywnych przyczyn w tych przypadkach. Myślimy o stanie moralnym sprawców, o ideologii, która dostarczyła im motywacji i wskazała cele. Świadczyłoby o braku spójności myślowej i o hipokryzji, gdybyśmy jedną z największych zbrodni ostatniej wojny ocenili według odmiennych zasad niż inne porównywalne zbrodnie. Może by to ułatwiło pojednanie z kim innym, ale doprowadziłoby do rozdwojenia w naszym własnym sumieniu.
Myśląc o Oświęcimiu, mało się interesujemy, jak najbardziej obiektywnym łańcuchem przyczyn i skutków, który doprowadził Niemców do zbrodni oświęcimskiej. Co nas obchodzi niemiecki kryzys gospodarczy, bezrobocie i te wszystkie procesy, które zdemoralizowały jeden z najbardziej cywilizowanych narodów? Co wnosi do istoty sprawy „bunt mas” będący następstwem upadku tradycyjnych instytucji, który został ujęty w karby nazizmu. Czy przez to, że zostali upokorzeni traktatem wersalskim, Niemcy zdobyli jakieś prawo do polityki eksterminowania Żydów?
Wszystkie faszyzmy walczyły o niepodległość – uzyskanie jej lub zachowanie. Dlaczego akurat niepodległościowe dążenia ukraińskiej organizacji faszystowskiej, jaką była UPA, miałyby rozgrzeszać ze zbrodni?
Przyjmę do wiadomości, jeśli się okaże, że Armia Krajowa zabiła w swoich akcjach odwetowych tylu Ukraińców, ile jej się przypisuje i będę bolał z tego powodu. Jaki mam z tego wyciągnąć wniosek rzeczowy? W Warszawie podczas powstania Polacy zabili kilkanaście tysięcy Niemców. Może z tego powodu także powinienem cierpieć, ale jakoś nie mogę.
Polacy i Ukraińcy, jak widzę, są ze sobą wystarczająco pojednani tam, gdzie mają realne problemy do rozwiązania (kupić, sprzedać, co i za ile). Tracą moralny pion, gdy dają się sprowadzić na teren imponderabiliów, czyli (mówiąc po polsku) rzeczy nieważkich.
Retoryka przepraszania się całych narodów, ulubione zajęcie polityków i publicystów zaniedbujących realne problemy, niepokoi mnie, ponieważ ożywia świadomość plemienną i archaiczną iluzję kolektywnej jaźni.
Wiele nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy się o tym, jak niezbędna dla „moralnego ładu” jest pamięć o przeszłości nieobciążona relatywizowaniem dokonanego zła. Ta ideologia prawdy za wszelką cenę nie wytrzymuje jednak próby Wołynia. Okazuje się, że w pewnych okolicznościach dobrze jest mówić prawdę, ale nie całą i z dodatkami odwracającymi uwagę od istoty rzeczy.

Wydanie: 25/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy