Dzieci pani Dulskiej

Prymas polskiego Kościoła katolickiego, kardynał Józef Glemp, szczerze wyznał podczas wywiadu dla Katolickiej Agencji Informacyjnej, czyli własnego kanału informacyjnego, iż hierarchia nie będzie się upierała, by zamieścić invocatio Dei w przyszłej konstytucji europejskiej. Bo hierarchia nie chce tam odwołania do Boga, jeśli to odwołanie będzie tylko pustym gestem, „wzywaniem imienia Pana Boga nadaremno”. Prymas już wie, że państwa dominujące w Unii Europejskiej są zlaicyzowane. Tak iż nie może tam być podobnego sojuszu tronu z ołtarzem, jaki istnieje u nas. Nawet kiedy rządy sprawuje lewica, ponoć laicka. Prymas zna historię Francji, gdzie na początku XX w. rozdziału państwa od Kościoła dokonali nie socjaliści, lecz radykalni liberalni burżua. I to nie zmieniło radykalnie sytuacji katolików we Francji, zwanej nadal Matką Kościoła. Prymas zna Niemcy, gdzie kanclerz Schröder zdecydowanie oddzielił uroczystości państwowe od kościelnych. Zna też Czechy, wstępujące z nami do UE, gdzie tradycje laickie i antyklerykalne są nadal żywe i nie ma już mowy o prokościelnych gestach. Zwłaszcza na lewicy. Prymas jest politykiem uczciwszym od wielu polskich świeckich, zwłaszcza na lewicy. Wie, że do działalności Kościoła katolickiego w Unii symboliczne invocatio Dei nie jest Kościołowi potrzebne.
Skoro hierarchia Kościoła katolickiego tego nie potrzebuje, to po co ta cała dyskusja, czasem awantura o invocatio Dei? Czy to zabieg socjotechniczny, aby uspokoić katolicką większość przed akcesją do Unii, przed referendalnym wyborem? Czy może to oferta partii niekoniecznie katolickich dla strony wierzącej, zachłannej na symboliczny w przyszłej europejskiej konstytucji gest? Albo element transakcji: poparcie dla invocatio Dei za poparcie dla Unii Europejskiej.
Jeśli wierzyć badaniom, ostatnio spada poparcie księży dla integracji Polski z Unią Europejską. Jeszcze kilka lat temu ponad trzy czwarte duchownych w naszym kraju zamierzało głosować na „tak” w przyszłym referendum. Obecnie ledwie połowa. Głos proboszcza czy wikarego nie jest wśród parafian anonimowy. Zdaniem prof. Leny Kolarskiej-Bobińskiej z Instytutu Spraw Publicznych, właśnie ten głos może mieć znaczący wpływ na referendalne decyzje obywateli-parafian.
SLD i UP zawierając nieformalny sojusz władzy z ołtarzem, kierowały się pragmatyką referendalną. W zamian za wyciszenie sporów światopoglądowych, za odłożenie na przyszłość kwestii antykoncepcji i aborcji ze względów społecznych, rządząca koalicja liczyła na pomoc funkcjonariuszy Kościoła katolickiego w przedreferendalnej kampanii, no i agitację proreferendalną. Okazuje się jednak, że już teraz prymas Glemp wycofuje się. Wyjaśnia, iż polski Kościół katolicki nie potrzebuje tego, co mu lewicowi rządzący politycy zaoferowali. Zaś ci, o których rząd dusz świeckich usiłował walczyć, nie zamierzają aktywnie angażować się w unijną kampanię. Przeciwnie, może okazać się, iż najbardziej aktywni wśród księży katolickich będą ci unioprzeciwni.
Co wtedy zrobią politycy lewicy, którzy tak gromko popierali postulat wsadzenia do konstytucji europejskiej invocatio Dei? Nawet, co jest wielce prawdopodobne, kiedy nie zostanie on przez trzeźwą, laicką europejską większość odrzucony?
Danuta Waniek, prominentna niegdyś, ale odsunięta na boczny tor działaczka lewicy, zauważyła ostatnio w „Trybunie”, iż „pani Dulska puszcza oko do SLD”, a ta formacja odwzajemnia się ukłonami, uśmiechami. Tylko czy w następnych wyborach parlamentarnych państwo Dulscy zagłosują na SLD? Nawet tak chętnie jak księża katoliccy będą agitować za przystąpieniem do UE?

 

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy