Szalupa brukselska

Szalupa brukselska

Zejdźcie na ziemię. Taką radę mam dla polityków lewicy, którzy od pewnego czasu zajmują się głównie, jeśli nie wyłącznie, listami do Parlamentu Europejskiego. Wspólna lewicowa lista prowadzona przez wielką lokomotywę ma pociągnąć do Brukseli więcej wagoników. Trudno temu myśleniu odmówić logiki. Zwłaszcza że lokomotywa już jest i nazywa się Aleksander Kwaśniewski. Gorzej z wagonikami. To ludzie od Sasa do Lasa. Są wybitni i zasłużeni, są też karierowicze, na widok których można dostać mdłości. Dokleili się do lewicy i pasożytują na niej, załatwiając prywatne interesy. Dla nich wspólna lista z silnym liderem to jedyna szansa, by dalej mogli spijać śmietankę, nic z siebie nie dając. Na to oczywiście nie ma zgody. Wspólna lista lewicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego byłaby bardzo potrzebna. Lewica potrzebuje działań wspólnotowych oraz integracji. Ale lista będąca szalupą dla ludzi bez właściwości, niemających konkretnych zasług dla wyborców nie może liczyć na moje poparcie. Zresztą pal licho moje poparcie, na ile jednak znam elektorat lewicowy, ostatnią rzeczą, o jakiej marzy, jest głosowanie na ludzi, którzy go po wielokroć zawiedli.
A w ogóle to skąd tak nagłe i wielkie emocje, skoro termin wyborów dość odległy?
W tej sprawie nie mam żadnych wątpliwości. Inspiracja płynie z dwóch bardzo konkretnych miejsc. Jedno to obecna grupa europosłów reprezentujących lewicę. To ci, którzy tak bardzo pokochali tę niewdzięczną robotę, że gotowi są dla dobra ukochanych wyborców męczyć się dalej. No i co z nimi zrobić? Oceniając ich pracę, zostawiłbym dwóch, a reszcie pozwolił na zmniejszenie poświęcenia dla wyborców i uniknięcie męczących dojazdów. Może w kraju mieliby szansę dostrzec, jak wysoko odlecieli i jak bardzo odstają od naszej siermiężnej rzeczywistości? Nie sądzę jednak, by choć jedna z tych osób skorzystała z mojej rady. Odwrotnie. Myślę, że zrobią wszystko, by przedłużyć swój pobyt w Brukseli o kolejną kadencję. To pierwsza grupa chętnych do wspólnej listy lewicy.
Jest i druga. Przynajmniej kilkunastu polityków związanych w różnym czasie z SLD myśli o znaczącej poprawie swojego statusu materialnego. Jeśli więc policzy się wszystkich aspirujących do pierwszych miejsc na listach, mamy już trzy ekipy. A to przecież nie koniec. Bo gdzie kandydaci z organizacji pozarządowych i środowisk, które popierają lewicę? Gdzie ekolodzy czy feministki? Ambicje to ludzka rzecz. Ale takie ich nagromadzenie w jednym miejscu i czasie grozi eksplozją i wysadzaniem reszty lewicy. W końcowym efekcie zamiast początku budowania silnej centrolewicy mającej być alternatywą dla rządów prawicy możemy mieć jeszcze więcej napięć, animozji i podziałów. Połączenie ambicji politycznych z atrakcyjnością finansową Parlamentu Europejskiego może zachwiać nawet silnymi organizacjami. A co dopiero bytem, który zanim się wyłoni, już musi stoczyć walkę o życie.

Wydanie: 9/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy