Gdy leje się na głowę

Kuchnia polska

Rząd przyjął projekt budżetu i z tego, co można się dowiedzieć z mediów, został on oceniony przez zrównoważonych ekonomistów względnie dobrze. Piszę „względnie”, ponieważ stał się on już przedmiotem awantury politycznej, do czego każdy budżet jest znakomitą okazją.
Nie jestem specjalistą od budżetu, zajmuje mnie jednak kwestia nieco ogólniejsza, acz nie mniej ważna.
Któż z nas bowiem nie był nigdy w ostrych, a czasem wręcz dramatycznych kłopotach finansowych? Myślę, że każdy, a jeśli ktoś nie był, to będzie.
Otóż w podobnych sytuacjach obserwuje się zazwyczaj dwie postawy. Pierwsza polega na dramatycznym oszczędzaniu, odmawianiu sobie wszystkiego poza całkiem elementarnymi potrzebami i na zatykaniu dziur, przez które leje się nam na głowę. Druga postawa, przyjmując nawet konieczność pewnych ograniczeń, skupia się jednak na tym, jak w dłuższej perspektywie wydobyć się z kłopotów, a więc nie tylko gdzie oszczędzić, ale i gdzie zarobić.
Nie sądzę, aby gospodarka państwa różniła się radykalnie od naszych gospodarstw domowych. I dlatego, niezależnie od tego, jak skrojony jest obecny budżet, czy „domknie się”, czy też nie, pozostaje pytanie: co dalej?
Słyszymy, że rozwiązaniem ma być poluzowanie gospodarki z korzyścią dla przedsiębiorców, którzy zachęceni tym gestem zaczną inwestować, tworzyć miejsca pracy i powiększać dochód narodowy do podziału. Nie ma jednak żadnej pewności, że tak właśnie się zachowają, a nie na przykład uznają, że ich kapitał lepiej będzie się czuł w formie konsumpcji, jako lokata lub za granicą. Już dziś przecież wiadomo, że najwięksi nasi bogacze nie płacą podatków w Polsce, z wyjątkiem Aleksandra Gudzowatego, który z tej racji zapewne jest najbardziej atakowanym przez liberalną prawicę biznesmenem.
Ciągle także mam spore wątpliwości, czy inwestycje podejmowane przez przedsiębiorców prywatnych muszą zawsze i koniecznie przyczyniać się do tworzenia miejsc pracy. Zakup komputera czy programu komputerowego jest inwestycją, ale dzięki temu można zwolnić cały dział księgowości i wszystkie panienki grzebiące w papierach i fakturach. I tak zazwyczaj się dzieje.
A więc powstaje fundamentalne pytanie: gdzie mamy szukać szans na prawdziwy rozwój, nawet jeśli zaciśniemy dzisiaj pasa i wyrzekniemy się wszystkiego poza ostatecznym minimum?
Otóż odpowiedzi na to pytanie znane są od dawna, a nawet pojawiały się niekiedy w programach walczącej o władzę lewicy. Pierwszą z nich jest oczywiście budownictwo mieszkaniowe. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” (27-28.09.br.) ukazał się obszerny artykuł żyjącego w USA polskiego ekonomisty Andrzeja Lubowskiego, w którym ten dokładnie wyjaśnia, że właśnie budownictwo mieszkaniowe kreuje najwięcej miejsc pracy, i to nie tylko na samych budowach, ale także we wszystkich działach gospodarki. Bo w mieszkaniu potrzebne są pralka, firanki, krzesło, dywan, radio, lampa, telefon, popielniczka i to wszystko, co powinno być w mieszkaniu. A w dodatku te wszystkie dobra jesteśmy w stanie wytworzyć i sprzedać w kraju, a więc ożywić produktywność i popyt w pewnym przynajmniej stopniu niezależnie od koniunktur światowych, na które zawsze narażony jest eksport.
Nie będę tu powtarzał wszystkich znanych od dawna, argumentów p. Lubowskiego, do których można dodać tylko, że mieszkanie jest dzisiaj najsilniejszym społecznym marzeniem całego wchodzącego w dorosłe życie „wyżu demograficznego „. Marzeniem niedościgłym. Aby jednak uczynić je realnym, potrzebna jest nie tylko ustawodawcza, ale i finansowa inicjatywa państwa. Trzeba zakręcić tym kołem, nie tylko ożywiającym gospodarkę, lecz rozwiązującym także wielki problem społeczny, jakim jest rosnąca polska nędza mieszkaniowa. Lewica kiedyś miała taki zamiar i było to nieporównanie mądrzejsze niż dzisiejsze opowiadania o oddzieleniu gospodarki od spraw społecznych i wiara w dobroczynność przedsiębiorców.
Drugą odpowiedzią, także dobrze znaną, jest nauka i oświata, która niemożliwa jest dziś bez informatyki i Internetu. Po prostu jeśli sami nie wiemy, co zrobić z tym krajem, to przynajmniej wykształćmy jego młodzież na tyle, aby mogła znaleźć dla siebie jakieś rozwiązanie. Tymczasem, na co zwróciła uwagę „Trybuna”, podniesienie z 7 do 22% podatku VAT w dziedzinie informatyki jest, owszem, ciułaniem pieniędzy na zatykanie dziur, ale i kpiną z hasła informatyzacji Polski, z którym SLD szedł do wyborów. Jeszcze większą kpiną jest podniesienie VAT-u na pomoce szkolne i naukowe, podobno w duchu europejskim. Tylko że Europa nie ma wtórnego analfabetyzmu, a my go mamy.
Trzecią odpowiedzią wreszcie są autostrady. Już stary Friedrich Schumacher pisał, że autostrady można budować za pomocą nowoczesnych maszyn, ale można także łopatą i walcem drogowym, co w okresie wielkiego kryzysu w latach 30. robił w Ameryce Roosevelt i robią inne kraje, które mają, jak my, wielkie bezrobocie i prymitywnych, trudnych do przekwalifikowania bezrobotnych. Mówiliśmy o tym kiedyś, z mizernym skutkiem.
Jest wiele powodów, dla których kraj nasz znajduje się w kryzysie mimo zapewnień, że gospodarka „drgnęła”, a może wręcz ruszyła. Głównym z nich jest jednak to, że przeciętny człowiek nie wie, dlaczego właściwie za jakiś czas – za rok lub za pięć lat – ma być mu lepiej. Oczywiście, że każdy rząd i każda rządząca formacja myśli o tym, aby się uratować, i na tym polega gra polityczna nakazująca łatać dziury, przez które najbardziej leje się mu na głowę. Ale prawdziwe rozwiązanie mieści się w stworzeniu przekonywającej gospodarczej i społecznej perspektywy, dzięki której ludzie uwierzą, że może poprawić się im naprawdę. Perspektywy mieszkań, informatyki, oświaty i autostrad chociażby.
Może tak się zdarzyć, że zanim oparty na tych podstawach program zacznie dawać jakieś rezultaty, odbędą się już wybory i zmieni się rząd, a więc kto inny zbierze zasiane w ten sposób owoce. Dlatego zapewne prostsza i bardziej praktyczna wydaje się metoda łataniny lub też potakiwanie liberalnej recepturze gospodarczej w nadziei, że na przykład Platformie Obywatelskiej to się spodoba i pozwoli ona obecnemu układowi porządzić jeszcze przez dwa nadchodzące lata. Ale nie dłużej przecież, bo dlaczego właściwie ktoś inny ma realizować jej program?
Może z punktu widzenia indywidualnych karier na dwa najbliższe lata jest to atrakcyjne. Ale z punktu widzenia lewicy jako alternatywy dla obecnej formy polskiego kapitalizmu jest to zabójcze.

 

 

 

Wydanie: 41/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy