Lądowanie po polsku

Lądowanie po polsku

Marzeniem pilotów 36. specpułku wożącego najważniejsze osoby w państwie nie jest na dłuższą metę robienie tego, za co biorą pieniądze. Owszem, latają z prezydentem czy premierem, wożą ministrów i ważne delegacje. Ale marzą o czymś innym. Co wyszło na jaw po katastrofie smoleńskiej. Zamiast latać z wybrańcami narodu, piloci specjalnego pułku lotnictwa transportowego myślą o jak najszybszym trafieniu do lotnictwa cywilnego. Mimo młodego wieku zbrzydła im perspektywa obowiązkowego meldowania się komuś, kto dla kaprysu lub własnego interesu gotów jest żądać zadań niewykonalnych. Piloci chcą uciekać do cywila także z powodów finansowych. Trudno im się dziwić, gdy alternatywą dla lotnictwa wojskowego są dużo lepsze płace i o wiele lepszy sprzęt latający. Gdyby nie tragiczny lot do Smoleńska, o tych sprawach nie mielibyśmy pojęcia, bo przecież schowane są one za kurtyną tajemnicy wojskowej. I pewnie nadal przeciętny Polak myślałby, że gdzie jak gdzie, ale w wojsku to musi być porządek i dryl. Są przecież regulaminy i rozporządzenia. Jest precyzyjna hierarchia. A system rozkazów gwarantuje większą niż w cywilu dyscyplinę. Niestety, nawet gdyby ktoś miał takie wyobrażenie, to niewiele z niego zostało. Co zobaczyli zwykli zjadacze chleba, gdy – dość niespodziewanie i tylko z powodu katastrofy – mogli zajrzeć za kulisy tej specjalnej jednostki lotniczej? Po tym, co już ujawniły prowadzone dochodzenia w sprawie funkcjonowania pułku, który z natury rzeczy powinien należeć do najbardziej elitarnych, widać, jak wiele spraw stało tam na głowie. Zamiast możliwie najsprawniejszej organizacji zatrudniającej najlepszych ludzi w tej specjalności i dysponującej bardzo dobrym sprzętem zobaczyliśmy słaby sprzęt, źle wyszkolone załogi, improwizację i nieprzestrzeganie procedur. Brak doświadczenia i kompetencji nadrabiano brawurą i nonszalancją.
Gdy człowiek pomyśli, że tego typu fachowcy mogą trafić do lotnictwa cywilnego i przenieść tam swoje obyczaje, to odechciewa się myśleć o lataniu. Tylko ktoś o skłonnościach samobójczych odważy się wejść na pokład samolotu pilotowanego przez załogę jaka-40. Tego samego, który 10 kwietnia lecąc z dziennikarzami na pokładzie, mimo braku zgody kontrolerów i warunków poniżej dopuszczalnych dla tego typu samolotów, zdołał jednak wylądować. Pasażerowie jaka-40 mają wielkie szczęście, że żyją. A załoga w składzie por. Artur Wosztyl, por. Rafał Kowaleczko i st. chor. Remigiusz Muś dopiero niedawno doczekała się zawiadomienia do prokuratury wojskowej o możliwości popełnienia przestępstwa w ruchu lotniczym poprzez „lądowanie w warunkach, do których załoga nie była wyszkolona”. Prokuraturę zawiadomił gen. Lech Majewski, dowódca Sił Powietrznych. Podaję nazwiska tej załogi w trosce o pasażerów kolejnych lotów, także cywilnych, bo skoro ich dowódca tak długo myślał, jak ocenić tamto lądowanie, to ile może trwać wszczęte postępowanie dyscyplinarne. Za chwilę minie rok od katastrofy i chyba najwyższa już pora, by oprócz postępowania dyscyplinarnego wobec załogi jaka-40 zaczęło się także coś dziać wokół ich dowódców i przełożonych. A już szczytem bezczelności jest, gdy zasiadają oni w komisji Millera czy innych zespołach wyjaśniających przyczyny katastrofy.

Wydanie: 10/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy