Interesy i błazeństwa

Interesy i błazeństwa

W poprzednim felietonie napomknąłem, że w społeczeństwie pogrążonym w stanie anomii również działania mające za deklarowany cel „walkę ze złem” mogą być przejawem zepsucia i prowadzić do jeszcze gorszego rozchwiania norm prawnych i moralnych. Właśnie media obszernie taki przypadek relacjonują. Komisja Śledcza Sejmu tak się zagalopowała w swojej dociekliwości i walce z korupcją, że niemającą i niemogącą mieć realnych skutków mechaniczną prawdopodobnie pomyłkę druku w projekcie ustawy o mediach uznała za przestępstwo, czyn kryminalny i skierowała do prokuratury wniosek o wszczęcie śledztwa. Ze złego brnie się w jeszcze gorsze. Teraz, żeby ten głupi wniosek spowodował pożądany skutek, trzeba zmasowanego medialnego nacisku na prokuraturę, co również nie jest niczym innym jak usiłowaniem korumpowania urzędu. Od takich usiłowań lepsze pod każdym względem byłoby ogłoszenie moratorium na „walkę z korupcją” i na wszelkie z ducha partyjnego i dziennikarskiego wypływające akcje uzdrawiania kraju. Wierzę w naprawę stosunków jako skutek indywidualnych rozeznań, ale żeby ludzie mogli posługiwać się własnymi rozumami, trzeba by ich na jakiś czas uwolnić od tej zagłuszarki sumień i myśli, jaką jest partyjna i medialna „walka ze złem”. Chociaż w Polsce jest wiele do naprawienia, z pewnością nie żyjemy w kraju tak surrealistycznym jak przedstawiają media i politycy. Nie mogę oprzeć się poczuciu, że na społeczeństwo musi spaść jakieś nieszczęście w następstwie tego ogromu lekkomyślnego kłamstwa, w jakim jest utrzymywane. Może już spadło, tylko trzeba jeszcze trochę czasu, żebyśmy się o tym przekonali.
Społeczeństwo potrzebuje wielu źródeł informacji i opinii. W Polsce ma miejsce kapitałowa, właścicielska dekoncentracja mediów. Mamy gazety z kapitałem niemieckim, norweskim, polskim, jest też cokolwiek amerykańskiego. Ten stan rzeczy nie owocuje rozmaitością poglądów. Wszystkie wielkie gazety, a także telewizje i radiostacje głoszą mniej więcej to samo, a jeśli chodzi o akcje dyfamacyjne, oszczercze, to prowadzą je z zadziwiająco drobiazgową jednomyślnością. Polska składność myślowa, tak trafnie i bezskutecznie krytykowana kiedyś przez krakowskich Stańczyków, oparła się wszelkim przemianom socjologicznym i triumfuje jak mało kiedy. Najbardziej mnie ona zadziwia u ambitnej intelektualnie młodzieży, niemającej odwagi posiadania – nie mówię: własnego zdania, bo na to może za wcześnie – ale przeżywania własnych uczuć. Tak pokornej myślowo młodzieży dawno w Polsce nie było.
***
Spór o to, jaka własność jest lepsza: prywatna czy wspólna, toczył się już w starożytnej Grecji, i to nie między byle kim – Platon i Arystoteles zabierali w tej sprawie głos. Arystoteles (a jego poglądy i w tej kwestii powtarzał św. Tomasz z Akwinu) bronił własności prywatnej, głosząc, że jednostka lepiej zadba o swoje własne rzeczy i interesy niż społeczeństwo o swoje wspólne. Jest to pogląd zdroworozsądkowy, ale na chwałę filozofów trzeba powiedzieć, że czasem mieli zdrowy rozsądek. Pańskie oko konia tuczy, czy odnosi się to również do interesów, których oko nie widzi? Czy interesy prywatnej spółki akcyjnej lepiej są obsługiwane niż interesy firmy państwowej? Czy rząd mniej potrafi, gdy chodzi o obronę powierzonych sobie interesów, to znaczy dóbr publicznych, społecznych, niż zarząd prywatnej spółki? Spór na ten temat toczy się odwiecznie między socjalistami i liberałami i wydaje się, że wymowa faktów nie ma znaczenia dla socjalistów. Mimo że tak się wydaje, nie opuszcza mnie pokusa, aby zwrócić socjalistom uwagę na świeży dowód bardzo przeciw nim przemawiający. Popatrzcie, jak nieudolnie, a nawet niechętnie rząd broni publicznej telewizji, i porównajcie to z energią, przemyślnością, uporem, bezwzględnością (wobec osób przeszkadzających), z jaką prywatna spółka Agora broni swoich interesów. Nie stanowi ona wyjątku co do istoty(choć może mieć wyjątkowo uzdolnionych zarządców), inne firmy działają z nie mniejszą zapewne determinacją i znajomością rzeczy. I rząd wobec wielu innych powierzonych sobie interesów nie lepiej się zachował niż w konflikcie z mediami prywatnymi. Obrona takiego czy innego dobra społecznego nie jest dla rządu (parlamentu, prezydenta) sprawą tak elementarnie istotną jak dla spółki prywatnej zwiększanie zysków. Gdybym był interesem, zdecydowanie wolałbym należeć do Agory (tam by o mnie dbano) niż pozostawać pod opieką rządu, socjaldemokratycznego lub innego.
Zaniedbania i uniki rządu Leszka Millera są może niewartą wzmianki drobnostką w porównaniu z tym, co z polskimi interesami gospodarczymi zrobiły rządy solidarnościowe. Deproduktywizacja, odprzemysłowienie, wyzbycie się banków, bezrobocie w dużym stopniu spowodowane polityką pieniężną – jak to nazwać, jakiego wrzasku narobić, skoro zgubienie z tekstu projektu ustawy dwu słów zostało uznane za czyn kryminalny? Tekst projektu poleżał w szufladzie przez parę dni czy tygodni bez słów „lub czasopisma” i profesor Nałęcz robi z tego aferę, która ma wstrząsnąć społeczeństwem. W rzeczywistości ta błazenada nikim nie wstrząsa, ale uwagę wielu ludzi z pewnością pochłania i o to chodzi.

 

 

Wydanie: 31/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy