Personalia

Personalia

Jestem przekonany, że Jerzy Szmajdziński pełniłby urząd prezydenta Rzeczypospolitej rozważnie i z godnością, gdyby jakaś siła wyższa zrobiła go prezydentem. Tą siłą wyższą mogliby być wyborcy, ale do wyborców trzeba przemawiać. Tego żaden ze starych i nowych liderów SLD nie umie. Jeśli chcą powiedzieć coś innego niż to, co mówią wszyscy i od zawsze, dobierają słów z taką ostrożnością, jakby stąpali po jajkach. Widać towarzyszącą im obawę, że wskutek nieodpowiedzialnego wyrażenia coś się stłucze, coś się wyleje i ich opryska. Jak mam sobie wytłumaczyć kontrast między inteligencją Jerzego Szmajdzińskiego a bardzo szczupłym zasobem pojęć, jaki ma do dyspozycji, gdy o czymś publicznie mówi? W czasach PRL redukcja pojęć była koniecznością dla kogoś, kto działał w oficjalnej sferze. Pewnych rzeczy należało nie widzieć, nie myśleć o nich, a zwłaszcza nie należało o nich mówić. To miało nawet dobrą stronę, że nie wolno było wypaplać wszystkiego, co komu do głowy przyszło. Prawicowi politycy zyskaliby na powadze, gdyby nałożyli sobie jakieś hamulce na swoje rozwiązłe języki.
Schematyczny i ubogi język u człowieka inteligentnego jest wskazówką, że z jakiegoś powodu mówiący boi się nazywać rzeczy po imieniu. Józef Oleksy może się wydawać pod tym względem przeciwieństwem Szmajdzińskiego. W istocie stosuje on tylko inną taktykę językową. Jego mowa jest wyszukana, ale co jest celem tych subtelności? Spośród synonimów wybiera wyrażenia luźno przylegające do rzeczy i dające najwięcej asekuracji na wypadek, gdyby ktoś próbował łapać go za słowa. Taką wyrafinowaną mową też się wyborców nie porwie.
Politycy obozu solidarnościowego dla odmiany mówią bez żadnej krępacji. Wprowadzili oni do sfery publicznej język, jakim posługiwali się „za komuny” w gronach towarzyskich, gdzie panowała bezustanna licytacja, kto ostrzej „dopieprzy” władzy. To, co można mówić do trzech czy czterech kumpli, można według ich poczucia stosowności wygłaszać z mównicy sejmowej czy przez telewizję. Pod tym względem nikt nie potrafi dorównać posłowi Rokicie, choć wielu się stara: „polityka to szambo”, Partia Demokratyczna jest „nikczemna” (bo chce odebrać głosy Platformie), posłanka z konkurencyjnej partii to „kłamliwe badziewie” itp. Zwłaszcza słowo „nikczemne” robi publiczną karierę; dla chrześcijańskiego polityka „nikczemna” jest np. LPR, chrześcijańska konkurencja.
Nie tylko słowa, ale, co ważniejsze, emocje właściwe małym grupkom przenoszone są do sfery polityki, nawet międzynarodowej. Posłowie Platformy Obywatelskiej, Tusk i Komorowski, zapowiadali z góry, że będą mieć złośliwą uciechę, gdy Francuzi odrzucą traktat konstytucyjny. I mają tę uciechę. Jakie będą skutki dla Polski tego odrzucenia, to już nie budzi w nich żywszych emocji. Skutki dla krajów nowo przyjętych będą szkodliwe, ponieważ kraje te zostaną odsunięte przez „twarde jądro” UE od najważniejszych decyzji i pozbawione innych korzyści, na jakie liczyły. Polski dotyczy to w większym stopniu niż innych krajów. Głosy „nie” dla konstytucji były w znacznej części głosami przeciw naszej obecności w Unii. Zajęliście się, panowie politycy, promowaniem Ukrainy do Unii Europejskiej, zanim zdołaliście wypromować Polskę.

*

Dowiedziałem się przed chwileczką, że podwładni historycy Leona Kieresa zrobili arcyciekawe odkrycie. Dominikanin o. Hejmo nawiązał – według ich naukowych ustaleń – współpracę z SB, ponieważ chciał zostać prowincjałem zakonu dominikanów. Okazuje się, że w PRL-u prowincjał dominikanów należał do nomenklatury. SB miała wpływ na obsadzanie tego stanowiska. Dziennikarzy telewizyjnych i, zdaje się, wszystkich prawicowych to odkrycie zadowala, nie budzi ich wątpliwości, prawie je z góry przeczuwali. Wywołana przez Leona Kieresa i silnie wsparta przez jego personel afera o. Hejmy jest od początku do końca, w środku i po bokach plątaniną bredni i groteski, że się posłużę ulubionym epitetem arcybiskupa lubelskiego. A mówią, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Oddany syn Kościoła, Leon Kieres, nie opublikował swojej ekscytującej wiedzy od razu, bo nie chciał martwić Ojca Świętego. Można sobie wyobrazić, z jaką niecierpliwością czekał na zakończenie pontyfikatu. Gdy naród przeżywał najgłębszą żałobę i zdawało się, że znajduje się o krok przed przemianą w aniołów, szef IPN-u postanowił sprowadzić nas na twardy grunt Prawdy i Pamięci. Po tym wszystkim, co zrobił owemu o. Hejmie, prezes IPN oświadcza w TVN: matka nauczyła mnie, że osoby duchowne całuje się w rękę, gdyby tu w tej chwili zjawił się o. Hejmo, pocałowałbym go w rękę. Oto lustrowanie po chrześcijańsku – z miłością i miłosierdziem. Historia napisana we współpracy przez Mrożka i Dostojewskiego.

*

Andrzej Lepper wszedł do polityki jako awanturnik, chuligan, demagog, „cham” i populista. Czy on się zmienił, nie wiem, wokół niego dużo się zmieniło i dziś Lepper jawi się jako polityk umiaru, rozsądku, wyróżniający się nawet osobistą ogładą. Nazwa jego partii brzmi jak hasło bardzo na czasie: brońmy się!

 

 

 

Wydanie: 23/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy