Dwa Polski obrazy

Dwa Polski obrazy

Przez ostatnie dwadzieścia kilka lat obraz Polski zmienił się nie do poznania. Przyznają to ludzie, którzy odwiedzają nasz kraj po dłuższej przerwie. Ale nie potrzeba na to świadectwa cudzoziemców temu, kto żyje tak długo jak ja i pamięta inną Polskę. Szarą, brudną, betonową, z pustymi sklepami.
Jakże inaczej wyglądają teraz wielkie miasta, jak zmieniły się na korzyść małe miasteczka, a także wsie. Wystarczy popatrzeć, jakimi samochodami podjeżdżają moi sąsiedzi górale na mszę. Pod kościołem królują terenowe bmw, mercedesy, toyoty. Sprzed lat pamiętam inne Podhale. Gdy w większości wsi nie było asfaltowych dróg, o posiadaniu samochodu nikt nawet nie marzył, a przedmiotem najwyższej zazdrości był motor marki Jawa, będący w posiadaniu wioskowego bogacza. Kwiaty w ogródkach, kwiaty w skrzynkach na oknach i balkonach. Przed dwudziestu paru laty szczytem luksusu były tu pelargonie w oknach, rosnące z zasady nie w doniczkach, ale w starych, dziurawych, obitych garnkach emaliowanych.
Jakże teraz ożyły małe miasteczka. Większość rynków miasteczek małopolskich nie różni się od rynków małych miasteczek w Niemczech czy Austrii. Odnowione kolorowe fasady domów, uporządkowana płyta rynku, kwietniki, fontanny, pomniki lub figury świętych. Ludzie ubiorem też nie różnią się od tych, których spotkać można na ulicach austriackich czy czeskich miasteczek. Jakże zmieniły się centra wielkich miast! Ile przybyło nowoczesnych gmachów, jak odrestaurowano stare, jakie są sklepy i restauracje… W sklepach pełno towarów (identycznych jak na Zachodzie) i pełno kupujących je ludzi. Po jeżdżących ulicami naszych miast samochodach widać, że klasa średnia istnieje i na ogół ma się nieźle. Dla kontrastu: na ulicach dużych miast Ukrainy widać albo bmw, audi, mercedesy i leksusy, albo rozpadające się łady i moskwicze. Czegoś pośredniego brak.
To wszystko widać gołym okiem. Nie trzeba studiować ekonomicznych danych i wskaźników, aby się przekonać, że poziom życia w Polsce podniósł się znacznie, że upodobnił się i zbliżył do poziomu życia na Zachodzie. Oczywiście, w wielu dziedzinach mogłoby być lepiej, kolejne rządy nie poradziły sobie z bezrobociem, z opieką zdrowotną, ze skomplikowanym i nieczytelnym systemem podatkowym, ze szwankującym wymiarem sprawiedliwości. Zmarnowano wiele szans i wiele pieniędzy. Część klasy politycznej z pewnością się skompromitowała. To wszystko prawda. Ale mimo wszystko bilans zmian jest bezsprzecznie korzystny. O swobodach demokratycznych, o korzystnych zmianach geopolitycznych już nie wspominam. Polska jest w NATO i Unii Europejskiej.
Zdaję sobie jednak sprawę, że młode pokolenie nie ma tej skali porównawczej. Nie zna Polski sprzed ćwierćwiecza, nie widzi zmian na lepsze. Widzi natomiast to, co współcześnie się nie udaje. Nie porównuje dzisiejszej Polski do tej sprzed transformacji, ale porównuje ją do Anglii, Niemiec czy Francji. Widzi wszystkie wady III RP, ma dość klasy politycznej (faktycznie dość marnej) i na złość jej gotowa jest zagłosować na kogoś, kto wydaje się jej antysystemowy. Dziś taki jest Korwin-Mikke.
Skąd jednak to się bierze, że aż 40% Polaków gotowych jest zagłosować na PiS? Myślę, że na taki stan rzeczy solidnie sobie zapracowaliśmy. Winna tu szkoła i cały model edukacji. Literatura i publicystyka. Bezmyślne, bezrefleksyjne nauczanie zmitologizowanej historii, lansowanie jednego typu patriotyzmu heroiczno-martyrologicznego, zredukowanie tradycji polskiej eliminujące wszystko, co wiąże się z tradycją lewicową. Kto dziś pamięta o tym, że w legionach orzełek był bez korony, a legioniści zwracali się do siebie per „obywatelu”? Kto pamięta, że pierwsze rządy po 1918 r. były złożone z socjalistów? Kto tym bardziej wie o tym, że prezydenci II RP, zarówno Wojciechowski, jak i Mościcki, mieli socjalistyczny rodowód? W mitologizowaniu historii Polski wielka jest zasługa Kościoła katolickiego. Prawdziwy Polak to Polak katolik, ściślej narodowy katolik, który walczy i ginie za Ojczyznę. Dla ojczyzny nie wystarczy pracować, trzeba jeszcze koniecznie walczyć, a już najlepiej zginąć. Ale jakoś nikt nie chce na razie zabijać Polaków, zginąć więc za ojczyznę w tych warunkach trudno. Skoro zginąć nie można, to trudno, ale walczyć przynajmniej trzeba. Z kim ma dziś walczyć młody Polak? Prawica podpowiada, kto jest wrogiem: lewica, liberałowie, postkomuniści, agenci i funkcjonariusze PRL (choćby mieli po lat 90 z okładem) oraz fałszywi Polacy.
Prof. Andrzej Nowak wyznaje w katolickiej „Niedzieli”, że powstanie warszawskie się nie skończyło, ono trwa. Pogląd dość dziwaczny, ale profesor ma do niego prawo. Byle się nie spóźniał na wykład, klucząc gdzieś kanałami.
„Gazeta Polska” straszy na pierwszej stronie: „Bombowce Putina nad Polską”. Straszy także każdym tytułem w środku. Wolno jej straszyć i wolno jej czytelnikom bać się, jeśli to lubią. Nie mam nic przeciw temu. Osobiście uważam (mam nadzieję, że nie ja jeden), że powstanie warszawskie jednak już się skończyło i na uniwersytet (zwłaszcza w Krakowie) można od biedy podjechać tramwajem. Nie spoglądam też co wieczór z niepokojem w niebo, czy bombowce Putina nie nadlatują aby nad mój dom. Czcząc pamięć bohaterskich powstańców, nie przestaję mieć wątpliwości, czy powstania (tak styczniowe, jak warszawskie) miały sens. Na razie nie marzę też o tym, by zginąć za ojczyznę, ale staram się rzetelnie spełniać moje obowiązki: uczyć studentów, prowadzić badania naukowe, wykonywać zawód adwokata czy publicysty, nie kombinować z podatkami, tylko uczciwie je płacić. Myślę, że tego ojczyzna w tej chwili ode mnie wymaga. Tak pojmuję mój patriotyzm.
Tych, którzy ten patriotyzm pojmują inaczej, szanuję, choć staram się przekonywać, że to ja mam rację, nie oni. Obrzydzenie budzą natomiast we mnie rozmaite lenie, nieudacznicy, krętacze (także podatkowi!), którzy zamiast solidnie pracować, bez ustanku deklarują gotowość śmierci za ojczyznę, bezlitośnie ją równocześnie wykorzystując. Którzy walkę za ojczyznę realizują, tropiąc spiski postkomunistów i neoliberałów. Ale trudno. Są takimi samymi Polakami jak ja, mamy więc te same prawa, mamy wspólną ojczyznę, taki sam głos w wyborach.
I na tym polega między nami różnica. Oni uważają, że mają monopol na Polskę, na polskość, na polski patriotyzm. Kto pojmuje je inaczej niż oni, sam z polskości się wyklucza. I marzą o tym, by po dojściu do władzy ten swój model patriotyzmu i polskości narzucić jako obowiązkowy, powszechnie obowiązujący, urzędowy.

Wydanie: 33/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy