Wspólnota czytaczy

Wspólnota czytaczy

Młody człowiek budzi się nagle, bo miał koszmarny sen. Śniło mu się, że ktoś go porwał i kazał czytać książkę. To, niestety, nie jest abstrakcyjny dowcip, lecz coraz realniejszy opis życia. Dla ludzi, którzy pamiętają majowe kiermasze książek pod Pałacem Kultury i Nauki i nie tylko, bo organizowano je też w wielu innych miastach, masowy upadek czytelnictwa jest zjawiskiem z gatunku końca świata. Oczywiście naszego świata. Tego, w którym czytanie było i jest jedną z największych przyjemności. A człowiek, zwłaszcza inteligent, któremu takie odczucia były obce, budził zaciekawienie porównywalne z widokiem troglodyty. Szanse na bogatsze życie towarzyskie taki osobnik miał wyraźnie mniejsze niż jajogłowi połykacze książek.
Tak było kiedyś, bo teraz masy odpłynęły od tego zgubnego nałogu, jakim jest czytanie. I to dosłownie, bo wraz z malejącą grupą czytających książki równie szybko spada czytelnictwo prasy. Na oczach trzech pokoleń historia zatoczyła koło. Polska Ludowa pokonała odziedziczony po sanacji dość powszechny na wsi analfabetyzm. Temat ten jest dziś mocno wstydliwy i całkowicie nieobecny w dyskusjach nad przemianami, jakie za sprawą władzy dokonały się na polskiej wsi na przełomie lat 40. i 50. Powojennemu wyżowi demograficznemu towarzyszyli bardzo jeszcze wtedy aktywni dziadkowie podpisujący się krzyżykiem. Znam te klimaty z wielu opowiadań, które słyszałem jako student jeżdżący po ówczesnym województwie kieleckim i rzeszowskim.
Po tym jak analfabetyzm przeszedł do historii, a nawet wcześniej, bo od samego początku, czyli po 1945 r., na masową skalę wprowadzano programy taniej książki. I to książki, która najczęściej miała oczywiste walory edukacyjne i była częścią kanonów wielkiej literatury polskiej i światowej. Wydawano je w milionowych nakładach. Po 1989 r. odrzucono te fanaberie. Bo po cóż w tej wersji kapitalizmu, którą uparcie praktykujemy bez względu na kolor polityczny kolejnej władzy, takie marnotrawstwo? I wyrzucanie pieniędzy na dotowanie książek Mickiewicza czy Norwida, nie mówiąc o Gombrowiczu czy Witkacym? Może to myślenie odmieni ostatnia akcja SLD i rozdawanie książek? Bo wolny rynek, za którym chowają się politycy, nie zna pojęcia tania książka. Nie zna też pojęcia dotowana biblioteka czy inwestycja w wyższą kulturę. Rynek potrzebuje bowiem tylko masowego konsumenta, który kupi masowo produkowane badziewie. I z punktu widzenia rynku ważne jest wyłącznie to, by konsumenci potrafili przeczytać nazwę produktu. Tego, co jest wydrukowane malutką czcionką na etykietach, czytać już nie muszą. A jeśli już by się uparli, to najlepiej, aby niewiele z tej zawiłej symboliki zrozumieli. Bo po cóż im wiedza, że za realne pieniądze dostają totalne byle co?
I tak coraz szybciej świat czytaczy odjeżdża do stacji ELITA. Coraz mniejszej, coraz bardziej zamkniętej, ale wbrew wyobrażeniom produktów kultury masowej, także coraz ważniejszej. Głową świata i jego mózgiem z pewnością będą czytający. Na szczęście. Wolny jest też wybór, do której grupy człowiek chce należeć.

Wydanie: 19/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy