Źle się dzieje w państwie prawa

Jedenaście lat upłynęło już od dnia, w którym Polska otrzymała na podstawie znowelizowanej konstytucji dumne miano “demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”.
W praktyce te piękne słowa okazują się często pustymi frazesami. Prawa są nagminnie łamane nawet przez tych, którzy je ustanowili. Polska jest państwem sprawiedliwości społecznej tylko z nazwy, którą zawdzięcza konstytucji. Dziś zapaść tego państwa pogłębia się coraz bardziej pod rządami nieudacznych polityków, którzy ideały dawnej “Solidarności” zamienili na intratne posady.
Wśród wielu niepokojących zjawisk współczesnego życia publicznego szczególnie niebezpieczne dla państwa prawnego są niewybredne napaści na niezawisłe sądy. Kampania ta zaczęła się od atakowania sędziów orzekających w postępowaniach o “kłamstwa lustracyjne” za rzekomo “haniebny” ich udział w tych procesach. To prawda, że ustawa normująca wyrokowanie w tych sprawach jest w wysokim stopniu wadliwa (pisałem o tym w “Przeglądzie” nr 47 z ub. roku). Jest jednak nieporozumieniem zarzucać sędziom, że stosują ustawę, którą są konstytucyjnie związani. Sędzia lustracyjny, jak każdy sędzia, podlega z mocy art. 178 ust. 1 konstytucji wszystkim ustawom. W żadnym wypadku nie ma prawa uchylać się od stosowania obowiązującego prawa, nawet w jego przekonaniu złego, a to dlatego, że to prawo mu się nie podoba. Dla społeczeństwa byłby to jak najgorszy przykład.
Jedną z fundamentalnych zasad demokratycznego państwa prawnego jest ścisłe rozdzielenie trzech władz tego państwa: ustawodawczej, wykonawczej i sądowej. Twórca tego podziału, Ch. de Montesquieu, pisał w swym “Duchu Praw”: “Jeżeli władza sądowa nie jest oddzielona od prawodawczej, władza nad życiem i wolnością obywateli jest dowolna, sędzia jest bowiem prawodawcą”.
Nie chciałbym żyć w państwie sądowej anarchii, w którym sędziowie mogliby odmawiać stosowania ustaw nie odpowiadających ich przekonaniom (jedni np. ustawy lustracyjnej, inni przepisów o rozwodach, a jeszcze inni ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży).
Z demokratyczną zasadą podziału władz nie da się pogodzić również ingerencja władzy wykonawczej (rządu, prezydenta) w działalność niezależnych od tej władzy sądów. Autor “Ducha Praw” dawno temu już ostrzegał przed niebezpieczeństwem wpływania władzy wykonawczej na sądy. Pisał, że sędzia sprawujący władzę sądową w połączeniu z władzą wykonawczą miałby “siłę ciemiężyciela” (la forte d’un oppresseur).
Z tych niewzruszalnych prawd nie zdaje sobie sprawy obecny minister sprawiedliwości. Zabiegając o odwołanie prezesa Sądu Okręgowego w Katowicach, Lech Kaczyński wywierał niedopuszczalny nacisk psychiczny na zgromadzenie sędziów tego sądu, by poparli jego wniosek. Odmowną decyzję skomentował jako dowód niskiego poziomu moralnego katowickich sędziów! Będąc członkiem rządu, nie miał prawa kwestionować w ten sposób woli niezawisłych sędziów, którzy mieli inne od niego zdanie. Wprost niesłychana była wiadomość o zamiarze “rozwiązania” przez krewkiego ministra Sądu Rejonowego w Toruniu, gdyby zgromadzenie sędziów tego sądu opowiedziało się przeciw odwołaniu ze stanowiska przewodniczącego wydziału karnego tego sądu sędziego W.
Podstawą odwołania prezesa sądu nie może być ogólnikowy zarzut, że minister “nie ma do niego zaufania”. Minister sprawiedliwości nie jest, według prawa o ustroju sądów powszechnych, autokratycznym zwierzchnikiem prezesów sądów, dobierającym tę kadrę na zasadzie swobodnego uznania. Administracja sądowa to nie “urząd” z książki T. Brezy pod tym tytułem (opisany w niej został dramat prawnika, który utracił posadę w sądownictwie kościelnym wyłącznie z powodu braku zaufania swego ordynariusza).
Min. Kaczyński stworzył wokół wymiaru sprawiedliwości aurę podejrzliwości. Nagonka na rzekomo przekupne sądy przybrała pod jego wpływem niepokojące rozmiary. Samorząd sędziowski, wielkie osiągnięcie Okrągłego Stołu, nazywany jest dziś “koterią” ludzi w sędziowskich togach.
Obecnemu szefowi resortu sprawiedliwości wydaje się obca, w zastosowaniu do sędziów na stanowiskach kierowniczych i prokuratorów, zasada domniemania niewinności, która oznacza, że obwinionemu należy udowodnić we właściwym postępowaniu (karnym, dyscyplinarnym) popełnienie zarzucanego czynu. L. Kaczyński zarzucił sędziemu na stanowisku prezesa naganne postępowanie, kierując się wyłącznie swym własnym, stronniczym nastawieniem.
Doszło nawet do tego, że minister, który powinien powstrzymać się od wyrażania jakichkolwiek opinii na temat krążących informacji o nadużyciach (plotkach?), pozwolił sobie na publiczną o nich wypowiedź, nie mając pewności, czy są to informacje prawdziwe (“Powiedziałem, co usłyszałem”, “GW” z 4.01.2001 r.). Minister sprawiedliwości i pierwszy prokurator Rzeczypospolitej powinien być najwierniejszym naśladowcą wolnej od uprzedzeń Temidy, mitycznej bogini sprawiedliwości.
Oskarżanie w czambuł całego wymiaru sprawiedliwości o korupcję jest niezwykle szkodliwym mitem, podważającym zaufanie do wszystkich sądów i godzącym w autorytet państwa prawnego. Gdzie są dowody przekupności niezliczonych sędziów? W ilu procesach karnych i dyscyplinarnych wina niegodnych sędziów i prokuratorów została potwierdzona? Czy bulwersujące doniesienia prasowe o jakichś jednostkowych przypadkach mogą dyskwalifikować, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, całe środowisko?
Wszystkim, którzy krytykują bez opamiętania dzisiejsze sądy, radzę, by starali się zrozumieć, że są one, mimo różnych potknięć i ludzkich słabości samych sędziów, najpewniejszą ostoją naszych praw.

Wydanie: 3/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy